Słuchamy
Zadajemy pytania i dajemy przestrzeń do opowiadania własnym głosem.
Warszawa · Sadyba · historie międzypokoleniowe
Łączymy młodszych i starszych mieszkańców Sadyby, by wspólnie odkrywać, zapisywać i twórczo opowiadać historie miejsca.
Pamięć, rozmowa, wspólne tworzenie
Wspomnienia z Sadyby
Jeziorko, szkoła, Sadybianka, łąki i czarne drogi żyją we wspomnieniach bohaterów tej publikacji. Czas płynie a pamięć jest ulotna, dlatego nasze „dzieciaki” postanowiły spisać to co pamiętają.
Zapamiętany kiosk z gazetami, okrągły chleb z chrupiącą skórką, drewniany most, gra w dwa ognie czy gumę to bezcenne wspomnienia. Dzięki nim możemy się dowiedzieć jak kiedyś było w miejscu , w którym żyjemy dzisiaj. Co jest podobne czy wręcz identyczne, a co zginęło bezpowrotnie.
Bonifacego, Kołobrzeska, Powsińska, Kąkolewska, Koronowska, Godebskiego to ulice, na których wychowywały się dzieci, bohaterowie tej publikacji. To z nimi mamy możliwość zajrzeć nad jeziorko, pójść na targ, do szkoły, kupić w kiosku „Świerszczyk”, kopać tunele w piasku czy zagrać w zbijaka.
Ich wspomnienia utrwalone na kartach tej publikacji są bezcenną lekcją historii dla młodszych pokoleń.
O nas






Jesteśmy pięcioosobową grupą inicjatywną związaną z warszawską Sadybą. Łączy nas przywiązanie do osiedla i przekonanie, że jego historia najlepiej wybrzmiewa w opowieściach mieszkańców. Nasze drogi przecinały się już w przedszkolu, szkole i przy lokalnych wydarzeniach. W działania społeczne i kulturalne włączamy się od lat.
Doświadczenie zdobyte przy pierwszej edycji projektu pokazało nam, jak wiele może dać spotkanie dzieci i seniorów. Rozmowy, wywiady, fotografia i wspólne prace artystyczne pomagają odkrywać historię Sadyby, budować relacje między pokoleniami i wzmacniać więź z miejscem, w którym żyjemy. Dlatego rozwijamy działania łączące lokalną historię z edukacją, sztuką i twórczą współpracą.
Każde z nas wnosi do zespołu inne doświadczenie: z pracy z młodzieżą, edukacji, języka i literatury, sztuki i fotografii, organizacji projektów oraz działalności społecznej. Dzielimy się zadaniami i wspólnie podejmujemy decyzje. Zależy nam na otwartej przestrzeni, w której osoby w różnym wieku i o różnych doświadczeniach mogą działać razem i czuć się częścią lokalnej społeczności. Współpracujemy z Fundacją Wytwórnia Inicjatyw Twórczych, która wspiera nas w sprawach formalnych i administracyjnych, pozostawiając nam samodzielność w realizacji pomysłów.
Karolina, Joanna, Antek, Karol i Małgorzata
Zadajemy pytania i dajemy przestrzeń do opowiadania własnym głosem.
Przechowujemy słowa, fotografie i rodzinne ślady, które pomagają pamiętać.
Łączymy historie z obrazem: drzewem genealogicznym, kolażem i fotografią.
Działania
Warsztaty łączą rodzinne opowieści, twórczość i współpracę osób w różnym wieku. Uczestnicy poznają historię swoich rodzin i lokalnej społeczności, uczą się dokumentować wspomnienia oraz tworzą prace, które pomagają zachować je na dłużej.
Jak wyglądała babcia, gdy była małą dziewczynką? Czy dziadek łapał żaby albo był „Tadkiem niejadkiem”? Warsztaty zapraszają dzieci do poznawania dzieciństwa babć, dziadków i pradziadków oraz historii ich rodzin. Rozmowa o codzienności dawnych lat — zabawach, jedzeniu i zakupach — opiera się między innymi na fragmentach książki „Banany z cukru pudru”. Dzieci zastanawiają się, jak pielęgnować rodzinne opowieści i przekazywać je kolejnym pokoleniom.
Każde dziecko otrzymuje zeszyt „Babciu! Dziadku! Proszę, opowiedz mi!” autorstwa Aleksandry Karkowskiej i Barbary Caillot. Podczas zajęć podpisuje go i ilustruje, a także dowiaduje się, jak zaprosić dziadków do wspólnego zapisywania rodzinnych wspomnień.
Dzieci poznają pamiętniki, do których dawniej wpisywali się przyjaciele, bliscy i nauczyciele. Odkrywają popularne wierszyki oraz rozmawiają o tym, czym jest sekret. W części twórczej wykonują, ozdabiają i podpisują własne pamiętniki. Mogą wymienić się nimi z koleżankami i kolegami, by zebrać pierwsze wpisy, a później zaprosić do nich także bliskie osoby. Z czasem pamiętnik staje się osobistą pamiątką.
Podczas warsztatów dzieci uczą się prowadzić wywiad biograficzny: przygotowywać pytania, uważnie słuchać i dokumentować wspomnienia. Rozmawiają o codziennym życiu, zabawach, zwyczajach i doświadczeniach starszych pokoleń. Przyglądają się również archiwalnym fotografiom rodzinnym, porównują je ze współczesnymi zdjęciami oraz poznają sposoby ich opisywania i przechowywania.
Dzieci mogą przynieść kopie rodzinnych zdjęć lub skorzystać z fotografii udostępnionych przez prowadzących. Z ich kopii tworzą kolaże, które kolorują i ozdabiają tasiemkami, koronkami oraz innymi materiałami. Gotowa praca staje się pamiątką, którą można podarować babci lub dziadkowi.
Zajęcia obejmowały historię fotografii oraz podstawy kompozycji, kadrowania i samodzielnego wykonywania zdjęć. Ważną częścią była fotografia analogowa: uczestnicy poznawali tradycyjne techniki i pracę z aparatem analogowym. Fotografowali mieszkańców, rodzinne historie i najbliższe otoczenie. Efektem warsztatów były autorskie prace oraz rozwój umiejętności technicznych i artystycznych.
Dzieci i członkowie grupy inicjatywnej wspólnie przeglądali zgromadzone materiały, wybierali fotografie, prace artystyczne i fragmenty wspomnień, a następnie przygotowywali je do publikacji i wystawy. Grupa samodzielnie koordynowała redakcję, opracowanie graficzne i porządkowanie materiałów, z poszanowaniem praw oraz decyzji osób udzielających wywiadów.
Powstały dwa e-booki: „Nasze ślady. Album prac i fotografii”, zawierający 9 drzew genealogicznych, 14 kolaży i 36 portretów fotograficznych, oraz „Historie blisko nas. Elementarz historii mówionej”, z praktycznymi wskazówkami, ćwiczeniami i materiałami edukacyjnymi o dokumentowaniu wspomnień. Publikacje utrwalają rezultaty projektu i mogą wspierać kolejne działania edukacyjne. Zorganizowana wystawa prezentowała prace uczestników oraz historie związane z Sadybą.
Warsztat międzypokoleniowy połączył rozmowę, wspólne doświadczenie i działania twórcze. Uczestnicy pracowali w grupach zróżnicowanych wiekowo i zastanawiali się, jak tworzyć przestrzeń do współpracy, wymiany doświadczeń oraz wzajemnego uczenia się. Rozmawiali o emocjach, różnicach zdań, przekonań i przyzwyczajeń, a także o tym, jak wyrażać własne zdanie z szacunkiem dla innych i reagować na napięcia. Domowy jabłecznik z własnych jabłek i jesienna herbata dopełniały spotkanie.
Kolejnym tematem była praca zespołowa: jak dzielić zadania, by każdy mógł wykorzystać swoje mocne strony, i jak planować działania, które uwzględniają potrzeby osób w różnym wieku. Uczestnicy rozmawiali również o włączaniu oferty międzypokoleniowej do działań organizacji, instytucji i lokalnych społeczności.
W części praktycznej uczestnicy wykorzystywali jesienne warzywa, owoce, rośliny, zapachy i faktury, by rozmawiać o skojarzeniach oraz emocjach. Zwracali uwagę na lokalne zasoby i możliwość ponownego wykorzystania materiałów. Następnie wspólnie tworzyli rzeźby ze starych tkanin, pościeli, prześcieradeł, kawałków styropianu i innych niepotrzebnych przedmiotów.
Ćwiczenia sprzyjały rozmowie, kreatywności i integracji. Każda osoba mogła wnieść do wspólnej pracy własne doświadczenie, pomysł, cierpliwość lub zdolności manualne. Warsztat pokazał, jak łączyć refleksję z działaniem i tworzyć zajęcia, w których różnorodność pokoleń staje się źródłem współpracy i wzajemnego uczenia się.
O projekcie
Każde działanie pomagało przyjrzeć się pamięci z innej strony. Otwórz wybrany temat, by zobaczyć, jak rozmowa przechodziła w twórczą pracę.
Rozmawialiśmy o tym, co warto zachować: rodzinnych opowieściach, fotografiach, pamiątkach i drobnych szczegółach codzienności.
Przyglądaliśmy się zapisom osobistym i temu, jak zwykłe wydarzenia, myśli czy przedmioty po latach stają się ważnym źródłem wiedzy o życiu.
Uczyliśmy się przygotowywać pytania, uważnie słuchać i zapisywać wspomnienia z szacunkiem dla osoby, która je opowiada.
Fotografia pomagała zatrzymać spojrzenie na ludziach, rodzinnych śladach i miejscach, które tworzą codzienny obraz Sadyby.
Uczestnicy porządkowali swoje prace i opowieści, by wspólnie przygotować publikację oraz wystawę podsumowującą projekt.
Finał był okazją do spotkania, obejrzenia wspólnej pracy i podzielenia się tym, co każdy chce zachować ze swojej historii.
Drzewa genealogiczne pokazują, jak wiele historii spotyka się w jednej rodzinie.
Kolaż pozwala zestawić wspomnienia, obrazy i skojarzenia w nową opowieść.
Portrety i fotografie zatrzymują to, co uczestnicy chcieli pokazać innym.
Już tak wiele rzeczy nie pamiętam, ale to we mnie żyje, to do mnie wraca. Naprawdę jestem wstrząśnięta, że tyle przeżyłam, aż tyle...
Bogusława, 98 lat
Głosy Sadyby
Poznaj osobiste opowieści mieszkańców Sadyby. Wspomnienia kolejnych osób będziemy tu publikować po opracowaniu ich tekstów.
Wiele lat temu, jadąc z Wilanowa tramwajem nr 33, nie przypuszczałam, że Sadyba stanie się tak ważnym miejscem w moim życiu zawodowym i prywatnym.
W 1962 roku rozpoczęłam pracę w Szkole Podstawowej nr 103, w starym budynku przy ulicy Zielonej, gdzie wcześniej mieściła się SP 115. Warunki były trudne, ale zapału nam nie brakowało. W perspektywie była nowa szkoła — tysiąclatka pięknie położona nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Zachęcały mnie do pracy miłe, głównie młode koleżanki, sympatyczny kierownik Zygmunt Bill i dzieci, które okazały się otwarte na wiedzę i na nas.
Rok szkolny 1963/64 rozpoczęliśmy w nowym budynku pachnącym świeżością. Wybudowano go w ciągu roku przy dużym zaangażowaniu rodziców. Podobały mi się wysokie sale lekcyjne, przestronne korytarze i sala gimnastyczna.
Nowa szkoła przyjęła wszystkich uczniów mieszkających w jej rejonie. Obejmował on wschodnią stronę ulicy Powsińskiej — od ulicy Augustówka do placu Bernardynów — oraz Augustówkę. Liczba klas znacznie wzrosła, a w niektórych było ponad czterdzieścioro uczniów. W salach lekcyjnych nadal stały ławki z miejscem na kałamarze.
Powiększyło się grono nauczycielskie. Znaczna jego część mieszkała na Sadybie. Otoczenie szkoły przypominało park. Zieleń, trawniki, krzewy, drzewa, a także skalniak z fontanną robiły wrażenie.
W sali gimnastycznej, z inicjatywy pani Ewy Szulc, nauczycielki WF-u, pracownicy szkoły i mieszkańcy Sadyby spotykali się, by grać w siatkówkę. Zawiązywały się nowe znajomości, a nawet sympatie. Spotkania dały impuls do utworzenia TKKF-u „Wars”. Inicjatywa zjednoczyła mieszkańców. Wiele prac porządkowych wykonano społecznie.
Już w 1964 roku na szkolnym boisku powstało lodowisko dla uczniów i mieszkańców. Była tam wypożyczalnia łyżew i oczywiście grała muzyka. Zimy były wtedy mroźne i śnieżne.
W następnym roku lodowisko działało już na terenie „Warsu” i stało się ogromną atrakcją. W niedziele bywały tam tłumy. Wychodząc naprzeciw potrzebom młodzieży, wydzielono i zabezpieczono lodowisko do gry w hokeja.
Uczniowie Szkoły Podstawowej nr 103, trenowani przez amatora, pana Wojciecha Smorgę, wystartowali w turnieju „Złoty krążek”. Doszli, a właściwie dojechali, do finału. Turniej nie został rozstrzygnięty, bo zima odeszła zbyt wcześnie. Szkoda — chłopcy grali świetnie i byli bardzo zmotywowani.
W 1964 roku zamieszkałam na Sadybie. W upalne dni nad jeziorko ściągały tłumy warszawiaków, żeby się kąpać. Atrakcją był drewniany basen zanurzony w jeziorku. Z drewnianego mostu do wody skakali, na szczęście, tylko nieliczni śmiałkowie. Drzewa rosnące tuż za ogrodzeniem plaży posadzili uczniowie SP 103.
Warto wspomnieć o miejscu, w którym dziś mieści się Muzeum Wojska Polskiego. Ma ono swoją powojenną historię. Jeszcze w latach siedemdziesiątych w koszarach stacjonowała jednostka wojskowa. Później otwarto tam noclegownię dla bezdomnych, a w kolejnych latach działało Muzeum Katyńskie.
Podczas budowy Wisłostrady gwałtownie obniżył się poziom wody w fosie. Odsłoniły się fragmenty amunicji ukrytej pod wodą i nastał czas grozy. Dzieci oczywiście penetrowały ten teren. Niektórzy rodzice odkrywali potem w tapczanach granaty. Sytuację szybko opanowano, choć zdarzył się nieszczęśliwy wypadek: granat eksplodował i urwał chłopcu część dłoni.
Sadyba się zmieniła. Zniknęły gospodarstwa rolne i pola uprawne, a na ich miejscu wyrosły osiedla. Wybudowano nowy most. Dawno zniknęły basen i tramwaje. Bruk na ulicy Powsińskiej zastąpił asfalt. Sadyba wypiękniała.
Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa to poczucie nieograniczonej przestrzeni, wolności i błękitnego nieba nad głową. Pamiętam radość i okrzyki, gdy tylko mama pozwalała mnie i starszej siostrze „wyjść za furtkę pobiegać”. Tak się wtedy mówiło: „Mamo, możemy wyjść pobiegać?”
Na naszej ulicy mieszkało sporo dzieciaków, więc zawsze było z kim się bawić i poznawać okolicę. Pomysłów mieliśmy bez liku. Nigdy się nie nudziliśmy. Pamiętacie zabawę w Króla Lula? A w „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”? W Indian, w „Czterech pancernych”, w chowanego, w dom, w państwa, czyli „Wywołuję wojnę przeciwko-piwko!”, i w chłopka? Do tego dochodziły skakanka i trzepak w każdym ogrodzie.
Robiliśmy też tak zwane sekrety, czyli swego rodzaju widoczki ułożone z kwiatków, ziół i liści, przykryte kawałkiem szybki, przysypywane ziemią, a potem na nowo odnajdywane. W niezliczonych górach piasku leżących przed większością domów (wiele osób wciąż remontowało swoje domy) szukaliśmy ciekawych kamieni i budowaliśmy tunele, żeby nasze ręce, wyciągnięte z dwóch stron, w końcu się spotkały.
Wyprawa na łąki, czyli dzikie pola prowadzące aż do Siekierek, była prawdziwą podróżą. Trzeba było przedrzeć się przez nasyp torów tramwajowych prowadzących do Wilanowa, a potem przejść przez ulicę Powsińską, wyłożoną kocimi łbami. Na rogu ulic Augustówki i Powsińskiej stał stary, przedwojenny dom z czerwonej cegły. Mieszkała w nim jedna z naszych koleżanek z dwoma braćmi. Obok, w nowszym domu, mieszkała kolejna dziewczynka. Wszyscy byli naszymi stałymi towarzyszami zabaw.
Łąki dawały nam zajęcie o każdej porze roku. Wiosną obowiązkowo chodziliśmy zbierać kaczeńce. Latem i jesienią zbieraliśmy chrust, rozpalaliśmy ognisko i piekliśmy kartofle. To niezapomniane wspomnienie: zapach dymu i smak zwęglonej skórki. Zimą zjeżdżaliśmy na sankach z tak zwanej Górki św. Jana, nazwanej tak od figury św. Jana Nepomucena, która do dziś stoi przy gmachu TVN. Za figurą rozciągała się nieznana, jakby zakazana kraina, nieskończona i niedostępna. Poznałam ją dopiero kilka lat później, gdy trochę podrosłam.
Byłam najmłodsza z całej grupy dzieciaków, więc zawsze biegłam za zgrają na końcu. Pamiętam, że byłam za mała, żeby przeskoczyć strumyk płynący przez łąki. Kiedyś wpadłam do niego w nowych pepegach, a w grząskim dnie uwiązł mi jeden but. Mama była bardzo niezadowolona.
Chodziliśmy też nad Jeziorko Czerniakowskie. Pamiętam, jak ktoś wjechał do wody przednimi kołami starej, garbatej warszawy i mył samochód. Pamiętam też liście kapusty pływające po wodzie. Kobiety myły w jeziorku warzywa. Nad jeziorko chodziło się również na plażę, popływać łódką, oglądać skoki z mostu do wody w dzień św. Jana albo podziwiać pokaz fajerwerków w noc świętojańską.
Obok, przy ulicach Jeziornej i Zakręt, stała drewniana budka z piwem, w której zbierał się kwiat okolicznych degustatorów chmielowego trunku. Co tam się działo! W środku trwała w najlepsze libacja, a pod budką zdenerwowane żony niektórych delikwentów krzyczały wniebogłosy, żeby mężowie wracali do domu. Wkrótce bar spłonął. Przypuszczam, że wiele pań się z tego ucieszyło. Zgliszcza stały jeszcze jakiś czas.
Później grupki pijaków zbierały się na rogu Okrężnej i Powsińskiej, pewnie z uwagi na bliskość sklepu Pyzla. Spotykało się je też pod spożywczakiem na rogu Zielonej albo przy małej pętli sadybiańskiego tramwaju nr 36. Zawsze widywałam te same, coraz bardziej czerwone twarze.
Na naszej ulicy stoi szereg domków z kamienia. Wszyscy się kiedyś znali, odwiedzali, zapraszali do siebie i pomagali sobie nawzajem. Pamiętam wszystkich mieszkańców.
Gdy poszłam do szkoły nr 115, poznałam mnóstwo dzieciaków z okolicy. Później do naszych klas dołączyli nowi koledzy ze Stegien, mieszkający w wysokich blokach z windami. Ach, cóż to była za atrakcja pojeździć windami zaraz po szkole! Można było zatracić się w zabawie i spędzić tam wiele godzin.
W wakacje dzieciaki z okolicy zbierały się na półkolonie w klubie TKKF1 „Sadybianka”. Prowadził je niezapomniany pan Stefan, zwany Instruktoro. W klubie wspaniale organizował nam czas, nie tylko latem. Zabierał nas na baseny „Warszawianki”, gdzie za 1 zł kupowaliśmy bilet i spędzaliśmy pół dnia. Niewielu z nas potrafiło pływać, ale nikt się tym nie przejmował, ani my, ani nasi rodzice. Ja nauczyłam się tam pływać i cudownie wspominam wyprawy na dawne, odkryte baseny „Warszawianki”. Po basenie obowiązkowo jechało się tramwajem na lody do Zielonej Budki, a potem do papiernika po pachnące chińskie gumki do ścierania albo flamastry, na które można było tam od czasu do czasu trafić.
¹ TKKF – Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej.
Zimą pan Stefan sam organizował nam lodowisko i własnoręcznie lał wodę z węża na wcześniej przygotowany teren. Tam też nauczyłam się jeździć na łyżwach. Była wypożyczalnia sprzętu, nagłośnienie i muzyka. Na „Sadybiance” kilka razy w roku odbywały się dyskoteki, na które chętnie wybierałyśmy się z koleżankami. Była to atrakcja i okazja, by poznać chłopców z nowych osiedli na Sadybie, Stegnach i w pobliskim Wilanowie.
Wszystkie moje najdawniejsze wspomnienia wiążą się z Sadybą, bo tu się wychowałam i do dziś mieszkam w domu rodzinnym. Czuję szczególną więź z tą częścią miasta. Znam tu każdy kamień i pamiętam wiele twarzy oraz zdarzeń. Nieraz kątem oka zauważę coś, co ożywia wspomnienia.
Sadyba się zmienia i rozwija, ale nie straciła swojego czaru, spokoju i romantyzmu. To moje miejsce na ziemi, ważne, żywe i wielopokoleniowe. Myślę, że moje dzieci, które wychowały się tutaj, zawsze będą wspominać zarówno dom rodzinny, jak i naszą Sadybę.
Sadyba była miejscem mojego dzieciństwa, miejscem, w którym po raz pierwszy zobaczyłem świat. Na początku ograniczał się on do zielonych listków drzewa rosnącego nad domowym tarasem. Listki dzwoniły i śmiały się na wietrze, więc śmiałem się i ja. Od tamtej pory śmiałem się bez przerwy. Dobrze rozumiała to pani Marysia, która czasem opiekowała się moim bratem i mną. Wczołgiwała się pod moje łóżeczko, a gdy rodzice wracali, przykładała palec do ust i szeptała konspiracyjnie: „Ciii, jak się Pawełek obudzi, to ja mu powiem: a kuku”.
Sadyba była właściwie wsią. Z Bonifacego mieliśmy przysłowiowy rzut beretem do Bernardyńskiej, dokąd Tato maszerował po świeże mleko z dumą ojca, który dbał o zdrowie swoich dziatek. Ba, jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych na trawnikach naszej ulicy czasem pasły się krowy.
Zieleni było sporo, choć nie tyle co dziś: rosły głównie drzewka owocowe i krzewy, a w ogródkach kwitło mnóstwo kwiatów. Gdy padał deszcz, ulice spływały wodą, która wypłukiwała ziemię i kamyczki. Poruszanie się po Sadybie polegało wtedy na robieniu większych lub mniejszych susów. Dla mnie kałuże stojące pod domem zapowiadały fontanny, które uruchamiały się w rytm moich skoków.
Mieszkanie na końcu ulicy miało swój wielki urok. To tu kończyły się grzecznie stojące w rzędzie domy, a w stronę jeziorka zaczynały się zwały gruzu ozdobione niespodziewanymi śmieciami. Niczym legendarni poszukiwacze złota przemierzaliśmy z kolegami hałdy w poszukiwaniu skarbów, które nierzadko trudno było nawet przytargać do domu.
Szkoła stała przy Jeziornej, ale uczyć się tam było bardzo, bardzo trudno. Z jednej strony dochodził kuszący dźwięk uderzanych piłeczek tenisowych, z drugiej szum jeziorka przypominał o wakacjach. Jak tu się skupić na lekcji? Powroty ze szkoły obfitowały za to w same przyjemności. Graliśmy krótko w kapsle albo pikuty, czasem kopaliśmy piłkę między bramkami z tornistrów, ale to nie te zabawy były najważniejsze. Na rogu ulic Goraszewskiej i Kąkolewskiej stał kiosk, rzadko czynny, bo zwykle dopiero co po raz kolejny okradziony. Aż wreszcie docieraliśmy do sklepu spożywczego, a w nim… oranżada w proszku. Najpierw trzeba było odpowiednio przechylić głowę i odprawić misterium wsypywania jej do buzi, gdzie cudowny proszek sam się rozpuszczał.
Szkoła jak szkoła, ale szkolne boisko bardzo się przydawało. Godzinami graliśmy tam w piłkę, czasem przenosząc zabawę nad jeziorko, w pobliże ulicy Zakręt, albo w centralne miejsce naszej Sadyby: na skwerek, któremu dziś patronują „Starsi Panowie, starsi Panowie dwaj”. Na korty spoglądałem ze szkolnego okna łakomie, ale nie śmiałem przekuć tych nieśmiałych marzeń w czyn.
Dopiero na początku lat siedemdziesiątych dostałem od rodziców rakietę. Nasz tenis odbywał się wtedy na korcie urządzonym na naszej, już wyasfaltowanej ulicy. Siatką był sznurek rozciągnięty między dwoma rowerami. Czasem trzeba było tylko zrobić miejsce prawowitym użytkownikom drogi. Z czasem ruch się wzmógł i kort trzeba było przenieść na Koronowską, w okolice Juraty. Tam pobrałem pierwszą lekcję, która okazała się w pewnym sensie nietrafiona. Życzliwy przechodzień, obserwujący naszą grę, zatrzymał się i pokazał mi prawidłowe uderzenie. Podkreślał, że nadgarstek ma być sztywny, a ręka prosta. „Rakieta to nie szabelka” – powiedział, bo rzeczywiście wywijałem nią jak szabelką. Minęły lata, zacząłem grać na prawdziwych kortach i z czasem okazało się, że w tym wywijaniu szabelką miałem sporo racji.
Nie sposób wspominać Sadyby z dzieciństwa, pomijając osoby, które były tu znane, szanowane, a może nawet kochane. Każdy zapewne przypisze te określenia komuś innemu.
Na Koronowskiej mieszkała pani doktor Suszyńska-Kwasowiec, która z oddaniem leczyła okoliczne dzieci. Była niezwykle uczynna i biegła do małych pacjentów o każdej porze dnia i nocy. Cechowały ją niespotykana życzliwość i pogoda ducha. Jak przez mgłę pamiętam, że rzadko smutniała. Wspominała wtedy łagry, z których szczęśliwie udało jej się wrócić. Otwartość pani doktor na potrzeby okolicznych dzieci sięgała tak daleko, że mali pacjenci biegali do niej również po pomoc w nauce rosyjskiego. Nasza kochana pani doktor odeszła w 1990 roku, mając 95 lat. Została pochowana na naszym sadybiańskim cmentarzu przy ulicy Powsińskiej.
Drugą ważną osobą była nauczycielka angielskiego, pani Burgielska. Długo pamiętał ją mój brat i wspominał przy każdej okazji. Już w latach sześćdziesiątych była starszą panią, bardzo ciepłą i opiekuńczą. Znano ją nie tylko na Sadybie, lecz także na szerzej rozumianym Dolnym Mokotowie. Serdecznie wspominają ją również jej uczniowie, dziś już siwi.
Długo mógłbym jeszcze opowiadać o szafie, w której chowaliśmy się przed nauczycielem angielskiego, i o firmie Glanc-poler, którą założyliśmy, mając może po dziesięć lat i dysponując wodą oraz ścierkami. Zbankrutowała, bo samochód umył u nas tylko jeden klient. Pamiętam też panią, która przyjeżdżała na Sadybę handlować i rytmicznym zaśpiewem ogłaszała swoje przybycie: „Jagody, jagody, jagody…”. Były również wagary spędzane w garażu, gdzie urządziliśmy ciemnię fotograficzną.
Mieliśmy bezpieczny świat, w którym czekały na nas mniejsze i większe przygody, zabawy, gangi szkolne, przyjaźnie na całe życie i wanna z ciepłą wodą każdego wieczora. Minęło kilkadziesiąt lat, a ja pamiętam tamtą Sadybę jako gigantyczny plac zabaw, prawdziwą krainę dzieciństwa.
Źródło: „Wspomnienia z naszej Sadyby”, Warszawa 2023, s. 25.
Sadyba, PRL i nasze dzieciństwo tworzyły jedną całość. To dlatego ci z nas, którzy zostali na Sadybie i nadal tu mieszkają, kochają to miejsce, a ci, którzy się wyprowadzili, tęsknią i czasem wracają. Pierwsi nie wyobrażają sobie życia gdzie indziej. Dzieciństwo na Sadybie miało swój czar już wtedy, a dziś, co zrozumiałe, ma go jeszcze więcej we wspomnieniach.
Kochaliśmy lato i kochaliśmy zimę. Lato przychodziło w maju, a wraz z nim zaczynał się sezon wspólnych zabaw z sąsiadami. Nie wiem, co lubiłam najbardziej: podchody na łące przy jeziorku, piłkę nożną z chłopakami, dwa ognie czy grę w gumę i w klasy. Nasza kreatywność nie miała granic. O siedzeniu w domu nie było mowy. Wpadaliśmy tam tylko po to, żeby chwycić pajdę chleba z masłem, szczypiorkiem i rzodkiewką wyrwanymi z małego zagonka w ogródku.
Ogródki naszych rodziców wyglądały zupełnie inaczej niż te dzisiejsze, projektowane przez firmy ogrodnicze. Rosły w nich drzewa owocowe: malinowe jabłonie, szara reneta, kronselka, antonówka, a także pierwsze jabłka, papierówki, które jedliśmy jeszcze kwaśne, bo nie mogliśmy doczekać się dojrzałych owoców. Oprócz jabłoni rosły gruszki klapsy, często także ulęgałki, śliwki węgierki i renklody, a przede wszystkim morele. To był absolutny hit. Zapomniałabym o czereśniach, na które się wspinaliśmy. My, dziewczynki, w sezonie czereśniowym nosiłyśmy czereśniową biżuterię za uszami. Pamiętam, jak bez opamiętania jedliśmy jeszcze zielony agrest. Najczęściej kończyło się to bólem brzucha, ale nikt się tym nie przejmował. Wszyscy przeżyli.
Wiosną nasze mamy siały w przydomowych ogródkach szczypiorek, koperek i marchewkę. Ta ostatnia nigdy nie dorastała do właściwych rozmiarów, bo dzieci wyrywały ją z grządki i zjadały, najczęściej bez mycia.
W maju chodziłam z mamą do ogrodnika, pana Rutkowskiego. Był starszym, niezwykle kulturalnym i miłym panem. Miał inspekty pełne maleńkich sadzonek sałaty, rzodkiewek i pomidorów, a przede wszystkim kolorowych bratków. Widać było, że ciężka praca sprawia mu wielką radość. Był prawdziwym pasjonatem. Te wyprawy na drugą stronę jeziorka były dla mnie przyjemnością. Czekałam na nie i dopytywałam mamę: „Kiedy pójdziemy do pana Rutkowskiego?”. Wiązały się jednak także ze stresem. Bardzo bałam się przechodzić przez drewniany most, który stanowił przedłużenie ulicy Goraszewskiej. Był pełen dziur i trzeszczał. Bałam się, że wpadniemy do wody i nie dotrzemy na drugą stronę. Zawsze szłam niemal biegiem, żeby jak najszybciej mieć to za sobą. Nagrodą był raj kolorowych bratków.
Po prawej stronie mostu stał drewniany domek na wodzie, w którym można było wypożyczać łódki i kajaki. Pamiętam to miejsce jako tajemnicze i urokliwe. Mama opowiadała, że kiedy wprowadziliśmy się do domu przy Jeziornej, po prawej stronie domku na wodzie znajdowała się hodowla zwierząt futerkowych, chyba nutrii.
Latem czekaliśmy, aż pojawią się chrabąszcze. Gdy tylko na łące przy jeziorku rozlegało się wieczorne bzyczenie, zjawialiśmy się tam jak na zawołanie, z butelkami w rękach. Zaczynały się zawody: kto złapie do butelki najwięcej chrabąszczy. Oczywiście później wszystkie wypuszczaliśmy, wcześniej kilka razy przykładając do ucha brzęczącą butelkę. Joasia, moja koleżanka ze szkolnej ławki, mieszkała parę ulic dalej i łapała chrabąszcze z inną grupą. Opowiadała, że oni zamykali je w pudełku po zapałkach i nazywali „brzęczącym radiem”.
Cieszył nas deszcz, bo wtedy wkładaliśmy kalosze i brodziliśmy w kałużach. Największe były na mojej ulicy, czyli Jeziornej. Niektóre sięgały tak głęboko, że woda przelewała się przez czarne kalosze.
Latem bawiłyśmy się lalkami w ogrodzie. Z sąsiadkami, Elą i Iwonką, wynosiłyśmy wszystkie nasze skarby i urządzałyśmy zabawę na kocyku. Gotowałyśmy lalkom zupki z listków koniczyny, babki lancetowatej i innych liści, które znalazłyśmy w trawie i na krzakach. Dodawałyśmy kamyczki oraz zielone owoce. Wyobraźnia nie miała granic.
Mama mojej sąsiadki Iwonki, pani Jedyńska, była krawcową. Bardzo zapracowaną: wszystko miało być gotowe na wczoraj, a najlepiej jeszcze wcześniej. Zdarzały się jednak takie chwile, rzadko, kiedy miała przerwę w szyciu. Wtedy z resztek materiałów szyła ubranka dla naszych lalek. To były cuda, absolutne cuda. Czekałyśmy na te modowe nowości, a później przebieraniu lalek nie było końca. Nawet dziś pamiętam tamte emocje.
Latem grałyśmy w klasy i w gumę. Gumę kupowałyśmy w pasmanterii przy ulicy Powsińskiej; wcześniej mieściła się tam cukiernia. Do cukierni schodziło się po schodkach w dół. W szklanych gablotach kusiły wiedeńskie serniki pokrojone w kwadraty, eklerki, napoleonki, moje ukochane bezy i bajaderki, które ubóstwiam do dziś.
Gra w gumę była zdecydowanie zabawą grupową. Potrzebne były co najmniej trzy osoby: dwie trzymały gumę na nogach, a trzecia skakała. Zaczynało się od kostek, potem guma lądowała na łydkach, kolanach i wreszcie na udach. Skakałyśmy aż do skuchy. Następowała wtedy, gdy niewłaściwie zahaczyłyśmy nogą o gumę. Mogłyśmy tak grać godzinami.
Do gry w zbijaka potrzebne były grupa i piłka, a nie każdy ją miał. Na ulicy Godebskiego mieszkały moje koleżanki z klasy. Tam było największe prawdopodobieństwo, że ktoś będzie grał i będzie miał piłkę. Tak, dzieci bawiły się na ulicy, dosłownie na ulicy. Wtedy ulice na Sadybie były puste i bezpieczne.
Ulica Godebskiego miała dla mnie szczególne znaczenie: urodziłam się w kamienicy pod numerem 10. Później rodzice kupili dom przy Jeziornej, ale często wracałam z mamą na Godebskiego, do byłych sąsiadek, Renaty i Wandy. Lubiłam te wizyty. Pamiętam też ceglane ogrodzenie przed kamienicą, częściowo zburzone, zapewne w wyniku działań wojennych. Takich śladów przeszłości było na Sadybie wiele. Dziury po kulach znajdowały się na elewacjach każdego dużego domu.
Drewniany kiosk Ruchu, pomalowany na szaroniebiesko, przy dzisiejszym skwerze Starszych Panów był ważnym punktem na mapie miejscowych atrakcji. Zatrzymywaliśmy się przy nim, głównie wracając ze szkoły, a czasem także w drodze do niej, zwłaszcza gdy trzeba było kupić nowy zeszyt. Po jednej stronie, na szklanych półkach, grzecznie siedziały szmaciane lub plastikowe lalki, a obok stały tandetne wywrotki i inne cuda. Po drugiej stronie można było znaleźć perfumy „Być może”, mydło Nivea lub „For You”, papierosy: sporty, płaskie, damskie, klubowe, mentolowe, zefiry, extra mocne, silesie, carmeny i inne, a także pastę do podłogi Buwi w butelce oraz pastę do butów Kiwi. Od frontu leżały gazety i pisma dla dzieci oraz dorosłych. „Miś”, „Świerszczyk”, „Płomyk”, „Płomyczek”. Czekaliśmy na nowe numery, bo to, co znajdowało się w środku, zapewniało zabawę co najmniej na jeden wieczór. Najbardziej lubiłam krzyżówki, łamigłówki i rebusy. Zadanie „Zamaluj pola z kropką” angażowało wszystkie zmysły, bo na końcu można było podziwiać wyłaniający się obrazek.
Pani, która pracowała w kiosku, mieszkała przy ulicy Kuracyjnej. Nosiła czarny lub granatowy fartuch, tego już nie pamiętam, podobny do tych, które nosiły dziewczynki w szkole. Zawsze miała przed sobą otwartą dyżurną książkę, którą pochłaniała. Prowadziła też teczki. Nie były to teczki „na kogoś”, tylko teczki „z”. Znajdowały się w nich wybrane tytuły pism i gazet zamawiane przez naszych rodziców. Dzięki temu mieli pewność, że „Kobieta i Życie” trafi na domowy stolik.
Do sklepu spożywczego „Społem” przy skwerze Starszych Panów zaglądaliśmy codziennie. Robiliśmy zakupy z kartki zostawionej rano przez mamę. Wpadaliśmy też po okrągłe lizaki z namalowanym kwiatkiem, miętowe lub owocowe dropsy albo torebkę oranżady w proszku. Ważna informacja: oranżadę w proszku jadło się na dwa sposoby. Można było wysypać proszek na rękę i zlizywać go stamtąd albo włożyć palec do torebki i zlizywać proszek z palca. Kiedy mieszał się ze śliną, musował i właśnie to było największą atrakcją. Te specjały leżały przy kasie, bliżej drzwi wejściowych.
Sklep dzielił się na dwie części. Po lewej stronie od wejścia znajdował się dział mięsny, a po prawej spożywczy. W latach sześćdziesiątych w dziale mięsnym na stalowych hakach wisiały pyszne wędliny i mięso. Absolutnym hitem była kiełbasa szynkowa, której smaku nigdy później nie udało mi się odnaleźć. W latach siedemdziesiątych było gorzej, bo haki bywały puste. W dziale spożywczym kupowało się okrągły chleb z chrupiącą skórką, kefir w butelce z zielonym kapslem, czekoladę z orzechami laskowymi i wiele znakomitych cukierków, na przykład kukułki czy pimpusie. Latem królowały lody na patyku „Bambino”.
Do obu działów prowadziły dwuskrzydłowe, ruchome drzwi, które głośno skrzypiały. Zimą wieszano w nich ciężkie, grube zasłony zakończone u dołu sztuczną skórą. Często wchodziliśmy do sklepu w łyżwach, bo wracaliśmy z lodowiska albo właśnie się tam wybieraliśmy.
Papiernik, czyli sklep papierniczy przy ulicy Okrężnej, był dla nas rajem. Prowadził go przemiły pan. Pamiętam tylko, że był bardzo szczupły, mieszkał przy ulicy Godebskiego i miał dwie córki. Czasem zastępowała go równie miła żona. Miała śliczne rude włosy i cudowne piegi. Po prawej stronie papiernika na półkach leżały kolorowe krepiny i bibułki. Były tam też kredki, ołówki, długopisy, plastikowe maski karnawałowe, pióropusze i kartonowe lalki z ubrankami. Wycinano lalkę i jej ubranka, a potem można ją było ubierać i przebierać. Wszystko cieszyło.
Na końcu Okrężnej była mydlarnia. Pamiętam z niej odurzający zapach i panią o blond włosach, zawsze ładnie uczesaną, stojącą za ladą. Na Okrężnej był jeszcze szklarz, magiel, fryzjer i sklep spożywczy.
Na ulicy Powsińskiej, oprócz wspomnianej wcześniej cukierni, stała budka. Z jednej strony sprzedawano w niej rurki z kremem i pączki, a z drugiej działał warzywniak u Grzegorczyka, gdzie wymieniało się puste syfony na pełne. Bałam się pana Grzegorczyka, bo mówił mamie, że mnie zabierze. Rurki i pączki kosztowały 2 zł. Latem budka zamieniała się w lodziarnię i mówiliśmy wtedy: „Idziemy do budki z lodami”. Kulka lodów kosztowała 1,20 zł. Dwie kulki dostawało się między dwoma kwadratowymi wafelkami, a powyżej dwóch podawano je w wafelkowym kubeczku. Pierwsza opcja była świetna, bo lody można było lizać ze wszystkich stron.
Przy Powsińskiej 28 pojawiła się z czasem warzywna konkurencja: warzywniak u Pyzla. Wchodziło się po schodkach, a po prawej stronie, w szklanej gablocie, kłuły w oczy balonowe gumy do żucia z Kaczorem Donaldem i kolorowe kulki, inny rodzaj gumy.
Przy Powsińskiej, naprzeciwko kościoła Bernardynów, znajdował się ogródek jordanowski, czyli miejsce zabaw dla dzieci według przedwojennej koncepcji. Teren był ogrodzony. W środku stał drewniany, zielony domek, a wokół niego były huśtawki, karuzele i inne urządzenia. Rzadko tam docierałam, bo według ówczesnych standardów było to daleko.
Zimy na Sadybie pamiętam jako coś, na co czekało się z utęsknieniem. Gdy tylko napadało dość śniegu, wyciągaliśmy sanki i biegliśmy na górkę na plaży przy Jeziorku Czerniakowskim. Nie było mowy, żeby kogoś tam nie spotkać. Zjeżdżaliśmy na sankach, spadaliśmy z nich, obrzucaliśmy się śniegiem, a chłopcy nacierali dziewczynkom policzki śniegiem. Wszyscy świetnie się bawili. Mam przed oczami ten obrazek: górka, dzieci, sanki ciągnięte na sznurku pod górę i zjeżdżające w dół, i tak bez przerwy. Na górce byli tylko rodzice z bardzo małymi dziećmi; reszta to samotne włóczykije.
Zimy były mroźne i śnieżne. Pamiętam, że po gigantycznych opadach nie mogliśmy dotrzeć z Jeziornej do sklepu przy skwerku. Wtedy rodzice, sąsiedzi i dzieci wychodzili z łopatami i kopali w śniegu korytarz prowadzący do sklepu. Nikt nie oglądał się na innych ani nie czekał na interwencję służb. Po prostu brał się do pracy.
Największą zimową atrakcją było lodowisko przy szkole nr 103, w miejscu, gdzie teraz są korty. Zawdzięczaliśmy je małżeństwu Błażewiczów. Do dziś mieszkają przy Jodłowej, obok szkoły. Gdy tylko przychodził mróz, zaczynało się wylewanie wody na teren przygotowany pod lodowisko. Śledziliśmy ten proces z okien klas i planowaliśmy, co zrobimy po ostatnim dzwonku. Jeśli widzieliśmy, że jest szansa na lód, biegliśmy ze szkoły do domu, odrabialiśmy lekcje z prędkością światła, szybko jedliśmy, wkładaliśmy strój i łyżwy, po czym migiem, po twardym śniegu na ulicy, docieraliśmy na lodowisko.
Wstęp był płatny i kosztował 2 zł. W budce przy furtce wejściowej dostawało się papierowy bilet. W dużym budynku mieściła się przebieralnia dla tych, którzy mieszkali dalej i przychodzili z łyżwami przewieszonymi przez ramię. Była tam też wypożyczalnia łyżew, a na górze można było kupić gorącą herbatę oraz coś do picia i jedzenia. Za budynkiem znajdowało się małe lodowisko dla maluchów, które dopiero zaczynały przygodę z łyżwami. Często działała tam szkółka prowadzona przez państwa Błażewiczów. Na końcu, bliżej ulicy Zacisznej, było lodowisko dla hokeistów. Chłopaki z kijami rozgrywali tam swoje mecze. Ta część miała drewniane bandy.
Jazda na lodowisku miała swój rytm, wyznaczany przez muzykę puszczaną przez głośniki. Po pewnym czasie przez głośnik ogłaszano zmianę kierunku jazdy. Były też zabawy, na przykład wąż. Chętni trzymali się za ręce, zwykle w kilka osób, a osoba na początku ciągnęła za sobą resztę. Często ktoś puszczał rękę sąsiada i wąż się rozpadał albo ktoś się przewracał. Najczęściej winna była zbyt duża prędkość narzucona przez prowadzącego. Chłopcy podcinali też dziewczynki, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. Na lodowisku zawsze ktoś pilnował porządku i przerywał zabawy, które zagrażały bezpieczeństwu.
Na lodowisku traciliśmy poczucie czasu i często zapominaliśmy, że mieliśmy być w domu godzinę, a nawet dwie wcześniej. Nierzadko rodzice stali przy ogrodzeniu i przywoływali swoje dzieci. Nawet po tylu latach wspominam ten czas z uśmiechem i wewnętrzną radością.
Mam przed oczami także inny obrazek: naszą zimową drogę z domu do szkoły. Dzieci z tornistrami na plecach i workami na kapcie szły do szkoły same lub w grupach. Dziś takie sceny wydają mi się prehistorią. Około ósmej rano obecny skwer Starszych Panów, za moich czasów nazywany skwerem przy sklepie, zapełniał się szkolną dzieciarnią. Dzieci wychodziły z bocznych uliczek: Goraszewskiej, Jodłowej, Zakręt i Kąkolewskiej. Przechodziły przez park i wchodziły w Jodłową na wysokości domu państwa Magnuskich. Tam zaczynała się zabawa.
Zimą przy krawężniku na ulicy zawsze były zamarznięte kałuże. Niektóre, bardzo długie, cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Każdy chciał przejechać przez nie jak najszybszym ślizgiem. Czekaliśmy w kolejce, aż osoba przed nami przejedzie ślizgawkę, a potem rozpędzaliśmy się, żeby dotrzeć do samego końca. Nie było mowy, żeby którąś ominąć. Dodatkową atrakcją wśród chłopców było okładanie się po głowie workami z kapciami. I tak docieraliśmy do szkoły. Czasem szybciej wchodziliśmy do szatni, a czasem z opóźnieniem. Zależało to od tego, czy przy wejściu sprawdzano tarcze szkolne i worki z kapciami.
O szkole nr 103 mogę opowiadać w nieskończoność, bo bardzo ją lubiłam. Kiedy po raz pierwszy przekraczałam szkolne progi, dyrektorem był pan Bill. Mieszkał z tyłu budynku, gdzie znajdowały się dwa mieszkania: jedno dyrektorskie, a w drugim mieszkała rodzina Chybów. Pan Chyb zajmował się wszystkim: ogrodem, boiskiem, naprawami, organizacją i szeroko pojętym porządkiem. Czasem sprawdzał nawet tarcze przy wejściu. Był bardzo miły, choć oczywiście zwracał nam uwagę i strofował nas, kiedy było to potrzebne. Zawsze uważałam ich za ludzi, którzy kochali to miejsce. Mieszkali tam do samego końca.
Kolejnym dyrektorem za moich czasów był nauczyciel historii, Borowiec, mieszkaniec ulicy Koronowskiej. Ważnym nazwiskiem związanym z początkami szkoły nr 103 byli Hardejewscy. Małżeństwo Hardejewskich prowadziło bibliotekę i czytelnię szkolną. Pilnowali terminowego zwrotu wypożyczonych książek i uczyli nas szacunku do słowa pisanego. Organizowali wspólne i indywidualne okładanie książek w szary papier. Pamiętam też dyżury w bibliotece. Układaliśmy wtedy zwrócone książki na właściwych półkach, a czasem porządkowaliśmy katalogi. Państwo Hardejewscy mieszkali przy ulicy Rabczańskiej.
W mojej szkole nr 103 często odbywały się akademie okolicznościowe, zwykle w sali gimnastycznej. Tylko nielicznym udawało się znaleźć miejsce na niskich drewnianych ławeczkach z wyposażenia sali. Reszta musiała wystać do końca, przestępując z nogi na nogę. Czujny wzrok pani Żerek, słynnej nauczycielki geografii, pilnował, żebyśmy zbytnio się nie kręcili i nie rozmawiali. O ile dobrze pamiętam, uroczystości nie były krótkie: przemówienie dyrektora, inne przemówienia, a potem część artystyczna. Występował chór pod batutą pani Baki, która grała na akordeonie, i recytowano liczne wiersze, głównie Władysława Broniewskiego. „Bagnet na broń” był zdecydowanym szlagierem szkolnych akademii. Śpiewaliśmy też „Spoza gór i rzek wyszliśmy na brzeg” [„Marsz Pierwszego Korpusu” – przyp. red.] oraz „Wyklęty powstań, ludu ziemi”, czyli „Międzynarodówkę”. Pamiętam, że przygotowania i próby do tych uroczystości trwały wiekami.
Zanim dostąpiliśmy zaszczytu udziału w tych niezapomnianych chwilach, musieliśmy przygotować okolicznościowe gazetki. Starałam się zgłaszać do pracy w tych grupach. Zwykle działaliśmy w kilka osób, bo była to okazja, żeby wykazać się kreatywnością, stworzyć coś kolorowego i spędzić czas z koleżankami. Gazetki wisiały później na tablicach na korytarzach.
Korytarze szkolne to osobna historia. Były tam przepychanki, gonitwy, dziewczynki ciągnięte za włosy, gry i czytanie książek na parapecie, a także szybkie nadrabianie zaległości w pracach domowych. Hitem była gra w gumę, o której już pisałam, a także tiki-tiki, ciupy, czyli podrzucanie i łapanie pięciu kamieni lub haceli, skakanka i hula-hoop. Na korytarzu stał też stolik, przy którym podczas przerw siedziała pani Morawska, nauczycielka matematyki. Prowadziła SKO, czyli Szkolną Kasę Oszczędności. Przy tym stoliku dokonywaliśmy głównie wpłat do naszego minibanku.
Nauczyciele. Pan Wolski, czyli nauczyciel wychowania fizycznego, był wymagający i dowcipny. Prawie nie dało się wyłgać od ćwiczeń. Może i dobrze, bo jesteśmy pokoleniem w miarę sprawnym. Otyłe dzieci były wtedy rzadkością.
Pani Baradziej uczyła biologii, a pani Grudzińska chemii. Przyjaźniły się i wracały razem do domu. Pani Baradziej mieszkała przy Zdrojowej, a pani Grudzińska chyba przy Okrężnej. Jedna była blondynką, druga cudownie ruda. Pani Baradziej była uśmiechnięta i dowcipna. Jak na tamte czasy obie ubierały się bardzo dobrze i zawsze miały starannie ułożone włosy. Na chemii często robiliśmy różne doświadczenia i bardzo nam się to podobało. Z panią Baradziej często mieliśmy lekcje w terenie. Pokazywała nam, co rośnie wokół jeziora. Hodowaliśmy fasolkę na gazie w słoiku, oglądaliśmy pod mikroskopem wszystko, co się dało, i rysowaliśmy pantofelka.
Pani Żerek, nauczycielka geografii, miała na nas swoje sposoby. Nawet obudzeni w środku nocy potrafiliśmy wyrecytować po kolei wszystkie dopływy Wisły i Odry, a także rzeki ZSRR. Uczyliśmy się państw i ich stolic: Katar – Doha. Takie zestawienia zostały nam w głowach na całe życie. Znakiem rozpoznawczym metod pani Żerek były klasówki z układania karteczek. Siadaliśmy na korytarzu i układaliśmy dokładnie wymieszane karteczki z nazwami państw i ich stolic. Mieliśmy określony czas na dopasowanie ich do siebie. Potem pani Żerek podchodziła do każdego z nas i jednym spojrzeniem wychwytywała braki w naszej wiedzy.
Pani Głuchowska, moja ukochana nauczycielka języka polskiego, mieszkała przy Morszyńskiej 27, w domu z 1930 roku. Przed wojną mieszkał w nim sanacyjny generał i minister spraw wojskowych Tadeusz Kasprzycki. Często przychodziłam tam z koleżankami, przynosząc dodatkowe wypracowania, które pisałyśmy, bo po prostu chciałyśmy pisać. To jej zawdzięczamy odwagę w przelewaniu myśli na papier.
Po odejściu pani Baradziej biologii uczyła nas pani Koczkodaj. Mieszkała przy ulicy Koronowskiej. Była urocza, zawsze uśmiechnięta i pełna spokoju. Głupio było ją zawieść i czegoś nie zrobić. Przychodziła na skwer Starszych Panów podczas Święta Sadyby. Niestety odeszła kilka lat temu.
Ważnych osób ze „Stotrójki” było wiele. To temat na osobną pisaninę.
Szkoła nauczyła mnie czerpać przyjemność ze wspólnego działania, bez nadmiernej rywalizacji, za to z szacunkiem dla ludzi, którzy tworzyli to miejsce.
Na Bonifacego sprowadziliśmy się mniej więcej w 1961 roku. Dom nie był jeszcze wykończony. Pamiętam stolarzy, którzy na schodach na górę robili szafy i półki na książki. Półki powstały z desek ze skrzyni, w której na dworzec towarowy przyjechał Moskwicz kupiony przez ojca w Londynie. W domu było mnóstwo rzeczy z odzysku: przedwojenne drzwi i klepka, której część do dziś tam jest.
W bliskiej okolicy mieszkało sporo dzieci. Chodziliśmy razem do prywatnego przedszkola w wojskowej kamienicy przy Okrężnej. Prowadzili je państwo Tecławowie. Przedszkole mieściło się w dużym mieszkaniu. Stał tam telewizor „Wisła”, a z radia bez przerwy leciały „Biedroneczki są w kropeczki”. Później cała grupa trafiła do jednej klasy w „Stotrójce”.
Przedszkole było świetne. Na spacery chodziliśmy do parku im. Szczubełka, który wtedy wydawał mi się magiczny. Później, już w podstawówce, często ścigaliśmy się tam na rowerach. Być może z przedszkolem związana była także pani Burgielska, mieszkająca przy Okrężnej, która uczyła nas angielskiego. Na pewno uczyła mnie i jedną z koleżanek z Jodłowej.
Z dziećmi z sąsiedztwa bawiliśmy się w ogrodach, a czasem przy kamienicy na Jodłowej. Co ciekawe, mnóstwo dzieciaków z okolicy chodziło do tej samej klasy. Z samego odcinka Jodłowej między Bonifacego a Woziwody było nas troje. Mieliśmy wiele zabaw zespołowych. Podczas Wyścigu Pokoju ścigaliśmy się kapslami. Niektórzy, zdolniejsi, wypełniali je gipsem i malowali na nich flagi. Najważniejsze, że mnóstwo rzeczy robiliśmy wspólnie.
Kiedy trochę podrośliśmy, jeździliśmy grupami na rowerach. Marzeniem wszystkich był składak. Ja miałem tak zwaną młodzieżówkę — porażka.
Któregoś roku zaczęto budować sieć ciepłowniczą. Otworzyło się przed nami gigantyczne pole do niebezpiecznych zabaw: skakaliśmy po wykopach i łaziliśmy w rurach, czasem już pospawanych, ciągnących się daleko. Główny wykop biegł w przedłużeniu mostu nad Jeziorkiem. Między obecną Gołkowską a dworem i lodownią działała kuźnia pana Lisa. Chodziliśmy tam popatrzeć, jak pracuje. Rozmawiał z nami i pokazywał nam różne rzeczy. Chodziliśmy też po hacele do gry w ciupy. Ileż było potem obitych dłoni!
Z panem Lisem czasem współpracował pan mieszkający w kamienicy z szarej cegły na rogu Juraty i Koronowskiej. Nie miał jednej ręki i zajmował się rozwożeniem węgla. Do domów wnosili go panowie w wielkich, kwadratowych koszach noszonych na plecach. Ten widok zniknął, gdy ciepło zaczęła dostarczać elektrociepłownia. Za czasów węgla wracało się z nart do wyziębionego domu.
Była też pani z jagodami, która wołała: „Jagody, jagody, jago…”. Podobnie krzyczał pan jeżdżący wozem: „Butelki kupuję, butel…”. Był też pan ostrzący noże. Panów było wielu. Pracowali w ogrodach i pomagali przy cięższych pracach. Często wynajmował się do takich zadań niejaki Garbus, który niestety zmarł po tym, jak wypił coś z butelki u sąsiada w garażu. Zza jeziorka można było ściągnąć pana z koniem do zaorania trawnika, a na ulicy łapało się panów szambiarzy.
Na moim płocie do końca wisiała wielka, drewniana skrzynka na listy. Pierwotnie była skrzynką na mleko. Codziennie rano mleczarz zostawiał w niej trzy litry mleka ze złotym kapslem.
Przypomina mi to obrazek z Budapesztu z 1993 roku. Obok studia Mafilm zobaczyłem tam pana z wózkiem ciągniętym przez osiołka, a na wózku stały syfony z wodą sodową. Po sodówę można było czasem chodzić do samu na skwerku albo do Grzegorczyka przy Powsińskiej.
Obok Grzegorczyka była ciastkarnia, w której sprzedawano lody, pączki i rurki z kremem. Bardzo cierpiałem, bo potwornie szybko zjadałem lody. Kupowałem pięć, czasem sześć kulek. Gdy koledzy wciąż jedli pierwszą, ja miałem już wszystkie za sobą. A oni ciągle jeszcze mieli.
Sklep na skwerku, czyli sam, był dla nas rajem. Była tam wedlowska czekolada z orzechami i mnóstwo cukierków. Czasem rzucali pomarańcze, winogrona i arbuzy. Kupowało się pyszne pieczywo, a czasem lody. W pewnym momencie pojawiła się coca-cola. Wcześniej piliśmy przesłodzoną oranżadę.
Skwerek obok sklepu był częścią naszej drogi do szkoły. Ścigaliśmy się tam rowerami i zaglądaliśmy do kiosku. Były w nim najróżniejsze skarby: gazety, pisma, zabawki i podstawowe środki chemiczne. Pracowała tam miła pani. Można było kupić także książki z serii „Tygrys”. Kupiłem jedną o pobycie Józefa Cyrankiewicza w Oświęcimiu. Czytać się tego nie dało.
Jeziorko stanowiło odrębny byt. Ojciec uczył mnie pływać na drewnianym, pływającym basenie u ujścia rzeczki do jeziorka. Darłem się jak zarzynany, ojca chcieli zlinczować.
Po latach, kiedy pan Wolski — ten od WF-u — prowadził stanicę po drugiej stronie, chodziliśmy tam robić karty pływackie i wypożyczać kajaki. Czasem zawijaliśmy rzeczy w kłębek i płynęliśmy w poprzek jeziorka na plażę, jedną rękę z rzeczami trzymając w górze nad wodą. Dziś wszyscy dorośli dostaliby za to po osiem lat.
Dalsza część jeziorka była dziksza i równie ciekawa. Brzeg był tam bardziej stromy, leżały przy nim powalone drzewa. Często kąpali się tam obywatele z różnymi osobami płci przeciwnej. Jeździliśmy tam na rowerach, bo czasem coś wpadało nam w oczy.
Tuż za dworem, stojącym na wysokości tego brzegu, była przedwojenna lodownia. Jeszcze za naszych czasów zimą kopano tam lód i składano go pod słomianymi matami.
Za lodownią rósł zagajnik bzowy. Bez był najlepszy na proce. Organizowaliśmy zawody: kto zrobi najlepszą? Jeździliśmy sami do składnicy harcerskiej po kauczuk. Formowaliśmy proce, wiążąc widełki i mocząc je w wodzie. Czasem pomagali nam rodzice. Miejsc do strzelania było dużo, ale strzelaliśmy także przy domu.
Któregoś razu koleżanka z Jodłowej wracała ze szkoły i przechodziła w poprzek Bonifacego. Zawołałem: „Małgośka, patrz, jaką mam procę!” — i wystrzeliłem dość spory kamień wysokim lobem. Małgośka patrzyła, jak leci. Patrzyła, patrzyła, aż nagle kamień pacnął ją w sam środek czoła. Wesoło nie było. Przeżyliśmy. Proce służyły też do tłuczenia lamp — nie gazowych, lecz zwykłych. Trudno było w nie trafić.
Żyliśmy w bezpiecznej enklawie. Może nie całkiem bezpiecznej, skoro ojciec pozwalał mi jeździć autem już w szóstej klasie. Naukę zaczął od tego, że kazał mi samemu wyjechać tyłem z podziemnego garażu. Parę razy samochód po cichu lądował w warsztacie na Czyżewskiej, u pana Zbyszka. Na kocich łbach na Okrężnej najczęściej obrywały miski olejowe. Żeby pojeździć, wstawałem o szóstej i przez pół godziny jechałem na skwerek do samu. Okrężną drogą.
Nieco mniej bezpiecznie zrobiło się po wybudowaniu czteropiętrowych bloków między Wisłostradą a Gołkowską. Później przyszła kolej na Bernardyńską. Sprowadzili się tam milicjanci, których dzieci nie należały do najgrzeczniejszych, oraz ludzie, którzy napłynęli z drugiej strony Wisły. Słowem, pojawili się gitowcy. Miało to swoje wady, bo czasem budził się w nas strach, ale też plusy: uczyliśmy się słownictwa, które przydaje mi się w pracy.
Odległości wydawały nam się ogromne. Przejście z Bonifacego na Zieloną było wyprawą. Z balkonu na Bonifacego początkowo było widać całe miasto. Potem pojawiały się kolejne bloki i perspektywa się zawężała. Mieliśmy wrażenie, że do miasta jest daleko.
Dojazd samochodem do kina Czajka oznaczał albo kluczenie po bruku przez tory tramwajowe tam i z powrotem, albo jazdę naokoło Bonifacego i Sobieskiego. Po wybudowaniu Wisłostrady wszystko się zmieniło: zrobiło się bliżej, ale zniknął tramwaj.
Zaczęliśmy inaczej jeździć na lotnisko. Najpierw jeździliśmy trasą przez Bonifacego, Sobieskiego, Idzikowskiego i Odyńca. Na Idzikowskiego była wielka kałuża — można było zalać elektrykę w aucie. Później pojawiła się Wisłostrada i opłacało się gnać nią oraz Trasą Łazienkowską do Żwirki i Wigury. Potem powstała aleja Lotników i dojazd z lewej strony.
Zmiany zachodziły wokół nas, a na samej Sadybie — niewiele. W obrębie Powsińskiej zmieniło się wszystko: zniknął tramwaj, poprawił się dojazd do Wilanowa, a okolice Bonifacego i Powsińskiej zabudowano potworami architektonicznymi.
Po kolei znikały małe sklepiki: Grzegorczyk, jedna i druga cukiernia, Pyzel, warzywniak przy kładce, a w końcu stara apteka. Pierwszą ofiarą zmian był punkt repasacji pończoch. Na oko stał tam, gdzie dziś jest kładka. Zniknął też fryzjer. Najpierw przeniósł się spod kościoła w pobliże Powsińskiej, na Goraszewską, a potem całkiem zniknął. Podobnie jak cukiernia w piwnicy przy Goraszewskiej.
Zniknęły też stałe punkty przy Okrężnej: mydlarnia, papiernik, szklarz — często odwiedzany z powodu wspomnianej procy — i fryzjer. O maglu nawet nie wspomnę. Zmiany, zmiany, zmiany.
Sadyba nieraz udawała Anglię, kiedy kręcili „Kobrę”. Na rogu Zakrętu i Jodłowej pojawiała się angielska budka telefoniczna, a pan Jerzy Kamas kogoś mordował. Na łące nad jeziorkiem, przy ulicy Zakręt, Janusz Nasfeter kręcił kilka filmów. Pamiętam zdjęcia z Filipem Łobodzińskim.
Poza udawaniem Anglii Sadyba nie udawała niczego. Była dla nas, dzieci, naszym miejscem — oddalonym i oddzielonym od miasta polami. Łączyła nas z miastem tylko nitka tramwajów.
Docierały do nas za to dźwięki. Oś Bonifacego prowadziła w prostej linii na pas startowy Okęcia i czasem było słychać, jak samoloty grzeją silniki. Później wszystko zabudowano blokami, a te dźwięki zniknęły albo wtopiły się w ogólny szum.
Gdyby pociągnąć Bonifacego w drugą stronę, trafilibyśmy na lotnisko na Gocławiu. Nie było go słychać, za to było widać: ciężko i powoli startujące dwupłatowce, skaczących z nich spadochroniarzy — czasem całe grupy — i samoloty wyciągające szybowce. Często mieliśmy świetne widoki. Później oczywiście to też zniknęło.
Prawdziwe zmiany zachodzą teraz. Większość domów zmieniła właścicieli i okazało się, że nasze dawne, duże domki są dla nowych właścicieli małymi klitkami. Rozbudowują je, czasem w koszmarny sposób. Signum temporis.
Zaszła jeszcze jedna, dość przykra zmiana: całkowicie zniknęło lodowisko na terenie TKKF-u, stworzone z inicjatywy państwa Błażewiczów. Jak pewnie większość dzieci, spędzałem tam dużo czasu. Niewykluczone jednak, że bywałem tam dłużej niż inni. Rodzice pozwalali mi na wszystko pod warunkiem, że do nich zadzwonię. Po szkole biegłem więc do domu, zjadałem coś, jeśli akurat było, i pędziłem na lodowisko. Zostawałem tam do siódmej albo ósmej.
Na szczęście miałem drobne na herbatę i coś do przegryzienia. Z tym nie było najlepiej, ale w łyżwach można było wyskoczyć do samu na skwerku. Na lodowisko przychodzili wszyscy. To było genialne miejsce. Dziś z krajobrazu wyparły je kopuły kortów tenisowych.
W jednym z numerów „Życia Warszawy”, chyba pod koniec lat siedemdziesiątych, ukazał się krótki felieton Marka Nowakowskiego, autora reportaży i opowieści o ludziach z tak zwanego marginesu społecznego. Opisywał w nim dziwną kobietę, często widywaną na ulicach Warszawy. Zwracała uwagę wyglądem, ubraniem i zachowaniem. Była niewysoka i szczupła, zawsze dokładnie zakryta niebieskim fartuchem. Twarz chowała pod szerokim bandażem. Niezależnie od pory roku ubierała się tak samo, jeździła tramwajami i autobusami. Ludzie często ją zaczepiali i wyśmiewali. Wtedy stawała się niegrzeczna i agresywna, broniła się krzykiem i przekleństwami. Marek Nowakowski zainteresował się jej historią i prosił o informacje na jej temat.
Po przeczytaniu felietonu zadzwoniłam do redakcji gazety i tak nawiązałam kontakt z panem Nowakowskim. Opowiedziałam mu, co wiedziałam o tej dziwnej kobiecie.
Halinkę poznałam kilka lat wcześniej, gdy pracowałam jako terenowa opiekunka społeczna na Sadybie. W tamtych czasach Dzielnicowe Ośrodki Opieki Społecznej korzystały z pomocy osób, które chciały zajmować się ich podopiecznymi i znały ludzi w swoim sąsiedztwie. Nie będę opisywać szczegółów codziennej pracy opiekunki społecznej. Dawała mi ona możliwość poznawania i wspierania osób w trudnej sytuacji finansowej, często także zdrowotnej i rodzinnej. Każdy z nas pośredniczył między podopiecznymi a ośrodkiem, który udzielał pomocy finansowej i rzeczowej.
Przez 17 lat pracy zajmowałam się wieloma osobami, ale najbliższy, niemal codzienny kontakt miałam z Halinką. Mieszkała niedaleko mnie i często potrzebowała pomocy w codziennych sprawach. Widziałyśmy się podczas cotygodniowych dyżurów w ośrodku zdrowia, a także przy innych okazjach. Od kilku lat była sama, po śmierci matki zdana wyłącznie na siebie. Mieszkała w jednej izbie starego czynszowego domu, bez żadnych wygód. Wodę i toaletę miała na zewnątrz, a ogrzewała pokój żelaznym piecykiem, tak zwaną kozą.
Po śmierci matki została bez środków do życia. Utrzymywała się ze stałego zasiłku w wysokości 270 złotych. Raz w roku załatwiałam dla niej dostawę węgla i niewielką kwotę na tak zwane dożywianie.
Największą przeszkodą w poprawie jej sytuacji była choroba psychiczna. Moja poprzedniczka, która znała matkę Halinki, dowiedziała się od niej, że Halinka prawdopodobnie chorowała na schizofrenię. Nie wiedziałyśmy, dlaczego nie była leczona, choć pochodziła z normalnego domu. Powiedziała mi kiedyś, że jako dziewczynka uczyła się muzyki. Nie znałam losów jej rodziny ani przyczyn, dla których znalazła się w takiej nędzy.
Próbowałam namówić ją na kontakt z lekarzem, co ułatwiłoby jej uzyskanie renty inwalidzkiej. Nic z tego nie wyszło. Kiedyś namówiłam psychiatrę, by odwiedziła Halinkę w domu i ją zbadała. Halinka urządziła taką awanturę, że lekarka uciekła w popłochu.
Marek Nowakowski pytał mnie o przyczynę ukrywania twarzy. Ludzie snuli różne opowieści. Jedni mówili, że porzucił ją ukochany i dlatego nie chciała nikomu się pokazywać; inni, że miała szramy po okaleczeniach twarzy. Z wielkim trudem zdobyłam zaufanie Halinki. Podczas naszych spotkań zdejmowała bandaże. Miała ładną, delikatną twarz i śliczną jasną cerę. Kiedy się uśmiechała — zdarzało się to bardzo rzadko, ale dlatego było tym cenniejsze — stawała się naprawdę uroczą starszą panią.
Wiedziałam, że bała się zarazków i kurzu. Jednocześnie bardzo chroniła się przed wzrokiem obcych, którym nie ufała i od których spotykały ją przykrości. To wszystko opowiedziałam panu Nowakowskiemu, ale nie wiem, czy zaspokoiłam jego zainteresowanie i ciekawość.
Potem upłynęło jeszcze wiele lat naszej bliskości. Halinka przychodziła do mnie z różnymi kłopotami. Czasem prosiła, żebym nawlekła jej igłę, bo musiała pocerować ubranie, innym razem — żebym zmieniła przepaloną żarówkę.
Szczególnie ubawiła mnie pewna historia. W tamtych latach na kartki kupowało się wiele produktów, także mydło. Pamiętam, że można było kupić dwa mydła na kwartał. Halinka zużywała dużo mydła, bo codziennie prała bandaże i dbała o higienę. Razem z koleżankami dokonywałyśmy cudów, żeby zdobyć dla niej ten trudno dostępny produkt.
Pewnego razu przyszła do mnie bardzo zdenerwowana i powiedziała:
„Nie mam się czym umyć i niech pani powie, czy to jest normalne, że nie można kupić mydła!”
Pomyślałam wtedy, że ta chora kobieta nazwała to, co nas otaczało. To nie było normalne, podobnie jak wiele innych rzeczy. Gdy dziś o tym wspominam, nie mogę pojąć, że tak zwani normalni ludzie nie pamiętają tamtej codzienności, a dobrze wspominają tamte czasy.
Z biegiem lat Halinka słabła, ale nie zgadzała się na wizytę u lekarza. Nie chciała przyjmować leków ani cieplejszych ubrań. Jedynym ustępstwem było przyjęcie ode mnie ciepłego swetra, kiedy powiedziałam, że sama go dla niej zrobiłam.
Pewnego zimnego dnia, po kilku dniach bez wieści od niej, próbowałam dostać się do jej mieszkania. Długo nie chciała otworzyć drzwi, ale w końcu uległa moim prośbom. Leżała na podłodze, brudna i w nieczystościach. Było jasne, że jest bardzo chora. Wezwałam pogotowie, lecz nie zgodziła się jechać do szpitala.
Jeśli pacjent nie wyraża zgody, a osoba wzywająca pomoc nie jest członkiem rodziny ani nie ma pełnomocnictwa, lekarze nie mogą zabrać go siłą. Po kilku godzinach stan Halinki się pogorszył, więc wezwałam pogotowie po raz drugi, tym razem psychiatryczne. Ponownie odmówiono zabrania jej do szpitala. Byłam już tak zdesperowana, że zagroziłam lekarzowi sądem, jeśli Halinka umrze bez pomocy. Tym razem to poskutkowało. Mimo fizycznego oporu Halinki zabrano ją do szpitala na Sobieskiego.
Następnego dnia, z duszą na ramieniu, poszłam ją odwiedzić. Bałam się, że będzie miała do mnie żal o to, że trafiła do szpitala wbrew swojej woli. Przygotowałam się na najgorsze wyzwiska i weszłam na salę. Halinka leżała w czystym łóżku, z odsłoniętą twarzą. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała: „O, to pani Haneczka”. To była największa nagroda, jaką kiedykolwiek otrzymałam od któregoś z moich podopiecznych w ciągu kilkunastu lat pracy.
Po kilku dniach Halinka zmarła. Dzielnicowy Ośrodek Opieki Społecznej pochował ją na cmentarzu na Wólce Węglowej. Uprosiłam księdza, żeby odprawił egzekwie i pożegnał zmarłą, choć nie wiedziałam, jaki był jej stosunek do wiary i Kościoła. Na pogrzebie byłyśmy tylko we dwie: moja koleżanka i ja. Przez wiele lat pracowałyśmy razem jako opiekunki społeczne.
Mimo wielu lat bliskich kontaktów Halinka pozostała dla mnie tajemnicą. Nigdy nie zapytałam jej, dlaczego ukrywała twarz. Może właśnie dlatego mi ufała i mogłam choć trochę jej pomagać.
W ciągu kilkunastu lat pracy miałam wielu podopiecznych i spotykałam różnych ludzi poszkodowanych przez życie. O Halince wciąż wspominam ze szczególną serdecznością.
Kiedy byłam mała, większość dzieci na wakacje i święta jeździła na wieś do dziadków. Ja jeździłam na Sadybę, do wujostwa.
Romans naszej rodziny z Sadybą zaczął się w 1965 roku. Wtedy ciocia i wujek, młodziutka jeszcze para naukowców, wprowadzili się do segmentu przy ulicy Bonifacego. Miałam niespełna trzy lata i już wtedy zapałałam bezkrytyczną miłością do tego miejsca. To uczucie płonie gorącym ogniem do dziś. Tu przeżyłam najszczęśliwsze chwile dzieciństwa, tu pierwsze kroki stawiał mój syn i tu chciałabym się zestarzeć.
Mieszkaliśmy z rodzicami na Górnym Mokotowie. Choć od ulicy Świętego Bonifacego dzieliło nas zaledwie sześć kilometrów, Sadyba wydawała się miejscem z zupełnie innej planety. Koło naszego mokotowskiego domu jeździły autobusy i tramwaje, a chodniki były pełne przechodniów. Rano ulica tłoczyła się od studentów biegnących na zajęcia do pobliskich uczelni: SGGW² i SGPiS³. To był głośny, pędzący świat dorosłych. Na Sadybie panował błogi spokój.
Uliczki były ciche i pustawe. Latem koty wylegiwały się na nich w słońcu. Na schodach domku przy Bonifacego witały mnie kolejno: Kinia, Czarna, Dyzio, Tymoteusz, Tabi, Sonia i Bella. Wiosną nigdzie tak pięknie nie kwitły magnolie jak przy ulicy Kuracyjnej, a bzy najwspanialej pachniały w naszym ogródku. W maju krzaki bzu kwitły tak obficie, że całkiem zasłaniały widok z kuchennego okna. O zmierzchu trzeba było wspiąć się na pierwsze piętro, do sypialni cioci, żeby popatrzeć na latarnika zapalającego co wieczór gazowe latarnie przy ulicy Kąkolewskiej. Święta Bożego Narodzenia na Sadybie zawsze były białe i mroźne, a skwerek, który nie nosił jeszcze imienia Starszych Panów, wyglądał zimą wyjątkowo magicznie.
Codzienne życie w tej mojej arkadii miało też mniej poetycki wymiar. Przypomina mi o nim moja dziewięćdziesięcioletnia dziś ciocia, Anna Michałowska-Smak, zwana Hanią:
Uliczki starej Sadyby pokrywał zwykły bruk. Dopiero w latach siedemdziesiątych niektóre doczekały się asfaltu. Zimą mieszkańcy mieli obowiązek odśnieżać dojścia do domów i jezdnię. Wozacy rozwozili wtedy węgiel i koks, którymi opalano piece i domowe kotłownie. Dopiero w latach siedemdziesiątych umożliwiono mieszkańcom podłączenie do centralnej sieci ciepłowniczej zasilanej przez Elektrociepłownię Siekierki. Niestety, w tym samym czasie zlikwidowano linię tramwajową łączącą centrum Warszawy z Wilanowem. Na pograniczu Sadyby powstało osiedle wysokich domów wzdłuż ulicy Gołkowskiej. Pojawił się tam autobus i kilka małych sklepów. Prawdziwa „cywilizacja” nastała dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy doprowadzono kanalizację i zlikwidowano przydomowe szamba.
Wspomnienie cioci o szambie sprowadziło mnie na ziemię. Pod koniec lat osiemdziesiątych mieszkaliśmy na Bonifacego, korzystając z tego, że wujostwo wyjechało na dłużej do Kalifornii. Nasz syn miał wtedy niewiele ponad rok. To była epoka pieluch tetrowych, a paczka pampersów kosztowała w Peweksie połowę średniej krajowej i była towarem bardzo luksusowym. Woda płynęła więc u nas wartkim strumieniem, a kontakt z panem opróżniającym szambo, którego nazywaliśmy szambistą, musiał być częsty. W PRL-u nawet o wywóz szamba trzeba było walczyć. Spędzałam sporo czasu, wyglądając przez okno i czyhając na upragniony beczkowóz. Pewnie dlatego jednym z pierwszych zdań naszego syna było triumfalne: „Jedzie pan szambista!!!”.
Centralnym punktem Sadyby w świecie mojego dzieciństwa był skwerek i stojący przy nim sklep. Można było w nim kupić oranżadę w proszku i lody „Bambino” za 2,60 zł. Ostatnio ktoś przypomniał mi, że w tym samym budynku mieścił się również sklep mięsny. W PRL-u najczęściej nie było w nim towaru, a przerażające, puste haki tylko to potwierdzały.
Z tym budynkiem łączy się ważne wspomnienie z niedalekiej przeszłości: moja pierwsza wizyta w świeżo otwartym lokalu Nabo. Było zimowe popołudnie. Weszliśmy do przytulnego wnętrza, ucieszyliśmy się, że nowi najemcy zachowali starą posadzkę z dawnego sklepu spożywczego, i zamówiliśmy zimową herbatę.
– Dobra jest? – spytała dziewczyna siedząca obok przy komputerze.
– Pyszna! – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Super! W takim razie wrzucam ją na stronę!
Tak poznałam Ulę Eriksen, założycielkę restauracji, która przez lata była sercem Sadyby. Teraz Ula mieszka daleko, za morzem… Natura jednak nie znosi pustki, więc zamiast Nabo mamy Szklarnię. Mamy też La Môme, nasz „kawałek Francji na Sadybie”, i wspomnienie kawiarni, w której można było zamówić najpiękniejsze na świecie torty wyczarowywane przez Lunię Bonder.
Wspominam Ulę i Lunię, bo wyjątkowy charakter i klimat Sadyby tworzyli i nadal tworzą jej mieszkańcy. Tak było przed wojną, tak było za komuny i tak jest teraz. Wiele mówi się i pisze o znanych mieszkańcach dzielnicy: twórcach, naukowcach, lekarzach i członkach znanych rodów. W segmentach obok nas mieszkali między innymi wybitny kompozytor i krytyk muzyczny Piotr Rytel oraz żołnierz Armii Krajowej, legenda Powstania Warszawskiego i bohater powojennej konspiracji, Jerzy Sienkiewicz⁴, pseudonim „Rudy”.
Ciocia wspomina, że „dawni mieszkańcy byli na ogół ze sobą zaprzyjaźnieni, a życie sąsiedzkie ułatwiało pokonywanie codziennych trudności, co było szczególnie ważne w czasie stanu wojennego”. Pamiętam z tamtego okresu tajemniczych, bezimiennych gości. U nas przez dłuższy czas ukrywał się uroczy pan, który znikał na całe dnie, a wracał tuż przed godziną policyjną. Dopiero po latach dowiedziałam się, że był to Józef Teliga, zasłużony działacz opozycyjny i były kapitan AK.
W latach dziewięćdziesiątych Sadyba zaczęła zmieniać się coraz szybciej. Niektóre domy przeistaczały się w eleganckie rezydencje, inne popadały w ruinę. Na tle bogacącej się Sadyby ubóstwo najbardziej potrzebujących było jeszcze bardziej widoczne i bolesne. Dużo rozmawialiśmy o tym w domu, bo ciocia, oprócz pracy naukowej, działała społecznie jako opiekunka terenowa. Historię jednej ze swoich licznych podopiecznych opisała we wspomnieniu „Halinka”.
Ciocia Hania, wspominając tamte czasy, zauważa ze smutkiem: „Niestety, z biegiem lat ubywało dawnych sąsiadów, przybywali nowi i codzienność Sadyby zmieniła się na bardziej miejską”. Komentuje też: „Otoczenie się zmienia, zmienia się styl życia i tylko jeden dzień jest od wielu lat taki sam: nad cmentarzem u zbiegu Bonifacego i Powsińskiej unosi się wielka łuna od świateł, zapalanych tradycyjnie na grobach dawnych mieszkańców Sadyby”. Pamięć o nich i o świecie, w którym żyli, to nasza wspólna historia.
Sadyba to naprawdę wyjątkowe miejsce. Cieszę się, że się tu urodziłam i wychowałam. Z przyjaciółmi czuliśmy się jak jedna wielka rodzina. Mam wrażenie, że niemal wszyscy nauczyciele ze „Stotrójki” także mieszkali na Sadybie. Szkołę podstawową wspominam bardzo miło, choć w porównaniu z dzisiejszymi czasami mieliśmy sporo dodatkowych obowiązków.
Przez kilka lat pełniłam funkcję gospodyni klasy, co czasem było przyjemnością, a czasem mniej. Przepisywałam notatki z lekcji, bo nie było kserokopiarek, i zanosiłam je kolegom nieobecnym danego dnia. Regularnie nosiłam też dziennik do uzupełnienia, na przykład do pani Głuchowskiej. Kiedy chorowała, odbierałam od niej poprawione klasówki i oddawałam je kolegom i koleżankom z klasy. Dziś byłoby to nie do pomyślenia, prawda?
Szkolną bibliotekę prowadzili Zofia i Tomasz Hardejewscy. Wszyscy wypożyczaliśmy od nich książki, przede wszystkim lektury, bo nie mieliśmy innego sposobu, by zdobyć potrzebne tytuły. Państwo Hardejewscy mieszkali na ulicy Rabczańskiej. Każda książka była dla nich ważna i bez wyjątku musiała być obłożona szarym papierem. Pan Hardejewski łapał uczniów, żeby obłożyli te najbardziej zniszczone egzemplarze. Słyszeliśmy po prostu: „Przyjdź po lekcjach do biblioteki”. Nikt nie pytał, czy mamy inne zajęcia lub plany, a nam nie przyszłoby do głowy, żeby odmówić albo dyskutować. Dość często wybierano do tej pomocy właśnie mnie, szczególnie że byłam córką jednej z nauczycielek.
W drodze do biblioteki przechodziło się przez stołówkę. Wielu moich kolegów jadło tam obiady, chyba podczas dużej przerwy, około godziny 12.30. Czasem zaglądałam do nich towarzysko. Sama jadłam zwykle w domu i nie byłam zapisana na szkolne obiady. Przy stoliku toczyły się najlepsze rozmowy na wszystkie możliwe tematy. Na obiad była zupa, drugie danie i kompot, najczęściej bardzo cienki. Nie wolno było niczego zostawić na talerzu. Przy okienku zwrotu brudnych naczyń stała pani Żerek. Jeśli zobaczyła resztki, odsyłała do stolika, żeby dokończyć jedzenie. Dla niektórych był to prawdziwy koszmar.
Kilka razy proszono nas też o pomoc w kuchni przy obieraniu ziemniaków albo marchewki. Dziś wydaje mi się to dziwne, ale, jak to się mówi, to były inne czasy.
Poza szkolnymi obowiązkami były też prace społeczne, które wtedy wydawały się całkiem naturalne. W domu przy skwerku mieszkała starsza pani Marcjanna. O ile dobrze pamiętam, była samotna. Razem z koleżankami codziennie chodziłyśmy do stołówki po menażki z obiadem, zanosiłyśmy je pani Marcjannie, czekałyśmy, aż zje, a potem odnosiłyśmy naczynia do szkoły. Cieszyłyśmy się, że możemy choć trochę pomóc starszej pani. Pani Marcjanna także była nam wdzięczna i często o tym mówiła.
Po szkole większość czasu spędzaliśmy na dworze. Latem jeździliśmy na rowerach, zimą — na łyżwach. Często spotykaliśmy się na naszej uliczce, Zwardońskiej. Była wtedy drogą gruntową i świetnie nadawała się do gry w dwa ognie, klasy, kapsle czy skakania w gumę. Kiedy któregoś dnia zaczęto wylewać asfalt, płakaliśmy przez cały tydzień, bo traciliśmy nasze wspaniałe boisko.
My, dziewczyny, robiłyśmy też w ogródkach tak zwane widoczki, które były naszymi „sekretami”. Wykopywałyśmy dołek w ziemi, na dnie układałyśmy kompozycję z kamyków, szkiełek, liści i kwiatów, a potem przykrywałyśmy ją szybką, czyli szkiełkiem.
Na Sadybie czuliśmy się bezpiecznie. Często chodziliśmy po okolicy bez kontroli czy opieki dorosłych.
Pewnego zimowego dnia, na początku lat siedemdziesiątych, nasi znajomi, dziewięcioletni chłopcy, poszli nad fosę przy ulicy Morszyńskiej. Zimą nie było w niej wody, prawdopodobnie ją wypompowywano. Chłopcy zeszli na dno i patykami zaczęli je badać. W pewnym momencie jeden z nich natrafił na coś twardego. Po odkopaniu okazało się, że to skrzynka, a w niej kilkanaście granatów z czasów wojny. Dla znalazcy był to taki skarb, że nie chciał dzielić się nim z kolegami. Zataszczył skrzynkę do domu i schował pod łóżkiem. Na szczęście sprawą szybko zajęli się saperzy, wojsko i milicja.
Z barwnych szczegółów pamiętam też niezapomnianą panią Gagową. Przez wiele lat, bardzo wcześnie rano, przynosiła nam świeże mleko prosto od krowy. Mieszkała za jeziorkiem, gdzie miała gospodarstwo i krowy. Wieczorem wystawialiśmy garnek na ganek, bo przychodziła o świcie i baliśmy się, że nie usłyszymy dzwonka. Furtka nie była zamykana na klucz, bo wszyscy czuli się bezpiecznie. Pani Gagowa była lekko przygarbiona i bardzo kochana. Niezwykle ją lubiłam; zawsze wydawała mi się spracowana. Po jej wizycie mleko trzeba było przegotować i wypić albo zjeść z kaszą manną, którą uwielbiałam.
W tamtych czasach na Sadybie nie było wielu sklepów. Na ulicy Waszkowskiego mieszkała pani Lipińska, która uprawiała warzywa w dużym ogrodzie. Chodziłyśmy do niej po pomidory i inne warzywa. Biegałam po nie bardzo chętnie, bo cała okolica przypominała nam książkowe „Bullerbyn”. Choć czasy były ciężkie, mam wrażenie, że niczego nam nie brakowało. Może tylko prawdziwych lodów. „Bambino” można było kupić w warzywniaku, ale po lody w różnych smakach trzeba było jechać do Zielonej Budki na plac Unii — a to była już spora wyprawa.
Najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, z lat sześćdziesiątych, wiążą się z miejscem, w którym mieszkałam — z ulicą Goraszewską. To jedna z ważniejszych ulic starej Sadyby. Stoi przy niej kościół parafialny pod wezwaniem św. Tadeusza. Przez drewniany, dziś już nieistniejący most Goraszewska łączyła ulicę Powsińską z Elektrociepłownią Siekierki, położoną po drugiej stronie Jeziorka Czerniakowskiego. Latem, oprócz mieszkańców, chodzili tędy spacerowicze i plażowicze zmierzający nad jeziorko, chyba mniej liczni niż obecnie. Przyjeżdżali też wędkarze, którzy siedzieli na brzegu i czekali na udany połów. Za mostem do dziś znajdują się ogródki działkowe. Ich właściciele wracali stamtąd z kwiatami i owocami w koszykach. Ich trasa zmieniła się, gdy w latach siedemdziesiątych rozebrano stary drewniany most i zastąpiono go nowym, murowanym, stanowiącym przedłużenie ulicy Gołkowskiej.
Codzienny rytm mieszkańców Goraszewskiej wyznaczał latarnik. Wieczorami zapalał gazowe latarnie ustawione na skraju chodnika, a rano je gasił, by kolejnego wieczoru powtórzyć tę czynność. O poranku, zwłaszcza latem, słychać było obwoźnych sprzedawców głośno zachwalających swoje towary. Jedni sprzedawali jagody, inni miotły z brzozowych witek. Po wyłożonej kocimi łbami ulicy turkotały zaprzężone w konie furmanki. Część z nich woziła węgiel, bo większość domów na Sadybie nie miała centralnego ogrzewania. Gospodarze z okolic Wilanowa przywozili nimi na sprzedaż własne produkty rolne.
Ważnym miejscem na Goraszewskiej był dla mnie kiosk Ruchu. Wypełniały go kolorowe długopisy, małe buteleczki perfum, kremy i inne drobiazgi, które jako dziecku wydawały mi się skarbami nie do zdobycia. Pracowała tam pani Krajewska — szczupła, w granatowym fartuchu, sprawiała wrażenie osoby zasadniczej. Moja mama miała w kiosku swoją teczkę, z której odbierałam zaprenumerowane czasopisma. Pamiętam między innymi „Przekrój” i „Dookoła Świata”.
Po szkole często chodziliśmy nad jezioro. Do stojącego tam do dziś budynku OSiR-u⁴ dobudowano drewnianą estradę i parkiet. Dla nas, dzieci, było to wspaniałe miejsce zabaw. Odbywały się tam potańcówki i inne wydarzenia okolicznościowe. Pamiętam występ słynnego radiowego kabaretu „Podwieczorek przy mikrofonie” i Kazimierza Brusikiewicza w roli Malinowskiego. Wystąpił w uczniowskim mundurku.
Niedaleko budynku OSiR-u, w zatoczce Jeziorka Czerniakowskiego, znajdował się drewniany basen. Była to właściwie drewniana rama osadzona w wodzie, z podestem dookoła. Chętnie korzystali z niego amatorzy kąpieli. Wkrótce, nie wiem dlaczego, basen rozebrano. Kąpiący się nadal mieli do dyspozycji plażę i pomost, a także wypożyczalnię kajaków, rowerów wodnych i łódek.
Niedaleko mojego domu był jedyny w okolicy sklep. Na tle tradycyjnej architektury dzielnicy ten niewielki budynek wydawał mi się bardzo nowoczesny. Po prawej stronie sklepu znajdowała się część spożywcza, po lewej sprzedawano wyroby mięsne. Od rana mieszkańcy pobliskich ulic ustawiali się w kolejce po bułki i mleko. Pod sklepem zbierali się miejscowi smakosze napojów alkoholowych. Panowała tam atmosfera towarzysko-sąsiedzka. Sklepu, tak potrzebnego w tej okolicy, już nie ma; w jego miejscu powstały lokale gastronomiczne.
W jednym z domów przy Goraszewskiej mieściła się też ciastkarnia. Goście często przynosili mojej mamie paczuszki ze słodyczami kupionymi właśnie tam. Niestety, były dość marnej jakości.
Życie towarzyskie mieszkańców Sadyby było bardzo ożywione. Odwiedzaliśmy się i zawsze można było liczyć na sąsiedzką pomoc. Pani Zofia Zawadzka i pani Janina Dobrowolska znały mojego dziadka jeszcze z Wilna. Te znajomości i kilka innych przeszły w mojej rodzinie na kolejne pokolenia.
Na Sadybie spędziłam w latach sześćdziesiątych fantastyczne dzieciństwo. Miałam wtedy o rok młodszego brata. Rodzice sprowadzili się tu, gdy miałam półtora roku. Wychowywaliśmy się niedaleko jeziorka, na wielkim placu budowy, bo sąsiedzi w różnym tempie wznosili swoje domy. Nie było płotów ani ogrodzeń, a przy każdym domu piętrzyły się zwały piasku. Po deszczu biegaliśmy boso po błotnistej drodze. Dzieci w różnym wieku było tu naprawdę dużo. Nie nudziliśmy się: mieliśmy mało kontroli i mnóstwo swobody, a pomysłów na nowe, nie zawsze bezpieczne zabawy nam nie brakowało.
Łapaliśmy chrabąszcze, wyciągaliśmy dżdżownice z kałuż i ustawialiśmy je w dwuszeregu, jedliśmy płatki polnych kwiatów, tak zwane chlebki. Biegaliśmy z fajerką, którą toczyliśmy pogrzebaczem, buszowaliśmy w zaroślach, wspinaliśmy się na drzewa i robiliśmy akrobacje na trzepaku. Kopaliśmy doły i dziury, z których wydobywaliśmy skarby: stare garnki, zardzewiałe klucze, śruby i gwoździe, słoiki i buteleczki o inspirujących kształtach, różnokolorowe kamyki i końskie podkowy. Wymyślaliśmy dla nich nowe zastosowania albo fantastyczne opowieści, w których te skarby stawały się głównymi bohaterami. Z błota i gliny lepiliśmy wymyślne budowle oraz schody prowadzące donikąd. W górach piasku kopaliśmy tunele, za co dorośli nas ganili; potem musieliśmy zgarniać piach łopatami.
Biegaliśmy po łące, szukaliśmy kwiatów na wianki i łapaliśmy biedronki. Natarczywie zachęcaliśmy je do lotu prosto do nieba po kawałek chleba. Puszczaliśmy też latawce z patyków powiązanych sznurkiem i niepotrzebnych gazet. Każda znaleziona rzecz natychmiast dostawała niezwykłe zastosowanie, a każda zabawa podsuwała pomysł na następną.
Drzwi wszystkich domów były zawsze otwarte; zamykano je dopiero na noc albo wtedy, gdy po ulicy rozchodziło się hasło „Cygany jadą”. Zwykle wykrzykiwał je znany wszystkim Garbus z sąsiedniej ulicy Jodłowej albo ktoś z jego rodziny. Dzieci szybko informowały o tym domowników i znikały z ulicy. Potem niecierpliwie wypatrywały kobiet, które pukały do drzwi, prosząc o wsparcie. Kiedy alarm mijał, ulica natychmiast zapełniała się dziećmi, a opowieściom o tym wydarzeniu nie było końca.
Na co dzień można było wejść do każdego domu, swojego albo sąsiadów, napić się, dostać coś do przegryzienia, poskarżyć na konflikt z towarzyszami zabaw, poprosić o brakujące rekwizyty albo opatrzyć skaleczenie. Nasza ulica Koronowska była królestwem dzieci. Dorośli żyli gdzieś na obrzeżu, ale przerywali zabawy w najmniej odpowiednich momentach, gdy nagle uznawali, że pora na obiad albo wieczorne szorowanie i zmywanie z siebie śladów całodziennego szaleństwa.
Nieopodal mieliśmy prawdziwą wieś — Czerniaków — ciągnącą się od dworu nad jeziorem do kościoła Ojców Bernardynów, wzdłuż dzisiejszych ulic Gołkowskiej i Bernardyńskiej. W latach siedemdziesiątych wieś zlikwidowano, a jej miejsce zajęły paskudne, kilkunastopiętrowe bloki.
Latem polną drogą za naszymi ogródkami dostojnie kroczyły krowy wracające z łąk za jeziorem i przeciągle porykiwały, domagając się dojenia. Ze wsi dobiegało głośne kwiczenie świń niecierpliwie czekających na posiłek. Piały koguty, gdakały kury, gęgały gęsi. Z okien naszego domu widzieliśmy kwitnące sady. Od czasu do czasu przychodziła stamtąd kobieta ze świeżym mlekiem. Mama robiła z niego pyszne, tłuste sery. Zaglądał też małomówny mężczyzna z własnoręcznie wykonaną maszyną na kołach — ostrzałką do noży. Otaczaliśmy go nieśmiało i w milczeniu podziwialiśmy wprawne ruchy szlifierza.
Między naszymi domami a wsią stała kuźnia. Można było do niej chodzić tylko z dorosłymi, ale od czasu do czasu podkradaliśmy się tam po hacele, najbardziej pożądany rekwizyt w grze w ciupy. Ukryci w gęstych zaroślach podglądaliśmy pracę kowala, bardzo dla nas interesującą, i staraliśmy się go nie spotkać. Zawsze nas gonił i wtedy wydawał się groźny.
Drugą groźną i tajemniczą postacią w okolicy był ponury pan K. Słyszeliśmy, że przed wojną był urzędnikiem niskiego stopnia. Z niemałym wysiłkiem zbudował piętrową kamienicę z czterema mieszkaniami, by spokojnie spędzić emeryturę. Zaraz po wojnie upaństwowiono mu duży ogród, a do kamienicy dokwaterowano wielu lokatorów. Właściciel zachował dla siebie, żony i bliskich krewnych tylko dwa niewielkie mieszkania. W pozostałych lokalach umieszczono rodziny z dziećmi — często po jednej w każdym pokoju. Nieproszeni goście zajęli nawet piwnice.
Koszty utrzymania domu spadły na pana K., bo lokatorzy ze społecznego nadania płacili grosze albo wcale — takie wtedy obowiązywało prawo. Gdy właściciele nie mogli udźwignąć tego ciężaru, ich hipoteki obciążano długiem i tracili domy. Lokatorzy czuli się tam swobodniej niż właściciel. Urządzali suto zakrapiane libacje, we wspólnych kuchniach i korytarzach wybuchały kłótnie i bijatyki, często przyjeżdżała milicja. Mieszkało tam też kilku bardzo towarzyskich rówieśników, którzy znali brzydkie słowa i byli wspaniałymi towarzyszami zabaw.
Na podwórku, przy ścianie bez okna, stał trzepak. Okupowały go wszystkie dzieci, gdy tylko pana K. nie było w pobliżu. Gorszyliśmy się, gdy od czasu do czasu, zwykle w deszczowe dni, podłączał ręczną pompę do szamba i wypompowywał nieczystości na ulicę. Smród zmuszał nas do opuszczania naszego królestwa, a w okolicznych domach szczelnie zamykano okna. Rodzice i sąsiedzi wiedzieli, o co chodzi, ale nie pozwalali nam źle mówić o panu K. Otaczali go niemym szacunkiem i nikt nie zawiadomił milicji.
Pan K. nie mógł spokojnie korzystać ze swojej emerytury. Do końca życia ciężko pracował, by utrzymać zasiedlony przez obcych ludzi dom w rękach rodziny, wierząc, że kiedyś wszystko wróci do normy. Sprzątał, odśnieżał, naprawiał i remontował, co mógł. Z heroicznym wysiłkiem bronił swojej Sadyby i nie pozwolił obciążyć hipoteki domu. Ten cichy bohater tamtych czasów nie doczekał, aż dom wróci do rodziny.
Sadyba była pełna wyjątkowych miejsc, które odwiedzaliśmy chętnie sami lub w towarzystwie dorosłych:
Z radością dostrzegam, że dla moich córek Sadyba — bardziej ucywilizowana niż ta sprzed prawie 60 lat — również była krainą beztroskiego dzieciństwa. Lubią to miejsce i chętnie tu wracają. Wędrujemy ścieżkami rezerwatu wokół jeziorka, poznajemy historie pierwszych właścicieli domów (tablice na ogrodzeniach to znakomity pomysł!) i odkrywamy Sadybę na nowo.
Sadyba zawsze będzie mi się kojarzyć ze wspaniałym, beztroskim, a zarazem pełnym przygód dzieciństwem. Mieszkałam przy ulicy Koronowskiej ponad 40 lat. Za każdym razem, gdy tu wracam, ogarnia mnie nostalgia. Kiedy spaceruję z psem nad Jeziorkiem Czerniakowskim, wracają obrazy pełne kolorów, zapachów, a nawet smaków tamtych lat. Oto kilka z nich.
Była zupełnie inna niż dziś. Może trochę brzydsza, ale na pewno spokojniejsza. Stanowiła bezpieczny plac zabaw dla mieszkających przy niej dzieci. Bawiliśmy się w gumę, w chowanego, w berka, skakaliśmy na skakance, chodziliśmy na podchody i łapaliśmy chrabąszcze (o zgrozo!). Zimą lepiliśmy bałwany, jeździliśmy na sankach i rzucaliśmy się śnieżkami. Wszystko działo się na ulicy, na którą bardzo rzadko wjeżdżały pojazdy. Dziś, idąc Koronowską, trzeba uważać na rozpędzone samochody, które niemal bez przerwy nią jeżdżą.
Pamiętam też bardzo srogą zimę, kiedy ulica zamieniła się w śnieżny korytarz. Dla dzieci były to niesamowite przeżycia.
Tak, ta sama Szkoła Podstawowa nr 103 przy ulicy Jeziornej. Nasza klasa z wychowawczynią, panią Żerek, była postrachem całej szkoły. Pani Żerek była cudowną wychowawczynią — z pozoru groźną, ale zawsze murem stojącą za swoją klasą i walczącą o nią. Wtedy prawie nikt nie podwoził dzieci do szkoły, bo większość miała bardzo blisko. Przed ósmą uczniowie w szkolnych fartuszkach, z tornistrami na plecach i workami na kapcie w rękach, szli albo biegli do szkoły, wymachując nimi. Myślę, że tylko nieliczni zbaczali z tej drogi.
Powroty ze szkoły też były ciekawe, przynajmniej dla mnie. Pamiętam koleżankę, która nosiła mój tornister tylko po to, żebym opowiadała jej bajkę o duchach. Codziennie inną, żeby się nie powtarzać… Takie to były czasy: ta sama szkoła, ale niezupełnie.
Lodowisko pełniło ważną funkcję nie tylko sportową, ale też towarzyską — spotykaliśmy się tam po szkole. Widzę taki obraz: padający śnieg w świetle reflektorów, muzyka z głośników i chłopak, który ściąga mi czapkę z głowy. Musiał mi się chyba podobać, bo byłam bardzo szczęśliwa, choć udawałam złą i goniłam go z całych sił, z rozwianym włosem.
Kiedyś skwerek nie był tak zadbany jak dziś, ale stał tam kiosk — ważne miejsce zakupów dla dzieci wracających ze szkoły. Można było kupić dropsy albo gumę do żucia. Jako nastolatka, wracając przez słabo oświetlony skwerek, zawsze bałam się, że ktoś czai się w krzakach. Ten strach nie był bezpodstawny: kiedyś w tych krzakach zaskoczył nas ekshibicjonista i oczywiście przeżyliśmy szok. Wtedy też zdarzały się różne zagrożenia…
W tej okolicy było wiele miejsc do zabaw, choć nie wszystkie bezpieczne. Muszę się przyznać do przestępstwa, które, mam nadzieję, zdążyło się już przedawnić. Gdy miałam około dziewięciu lat, zostałam hersztem bandy złożonej głównie z młodszych ode mnie dzieci. Nie pamiętam dokładnie, co robiła ta banda. Samo to, że istniała, bardzo nam się podobało. Dodawało dzieciństwu — i tak wcale nienudnemu — ekscytacji i świadomości, że robimy coś zakazanego. Przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.
Nie mam pewności, ale prawdopodobnie grasowaliśmy głównie przy brzegu jeziora, gdzie leżały zwalone drzewa i można było na nich wygodnie siedzieć, albo na pobliskich działkach, skąd być może podkradaliśmy czereśnie. Na szczęście nigdy nie wpadliśmy w ręce policji, a właściwie Milicji Obywatelskiej.
Pamiętam małą cukiernię, do której schodziło się po schodkach. Byłam tam częstym gościem — pewnie jak większość dzieci — razem z moją koleżanką Agatą Mianowską. Nie wiem dlaczego, ale zawsze dostawałyśmy tam głupawki. Już schodząc po schodkach, zataczałyśmy się ze śmiechu. Widzę zdziwioną minę ekspedientki na widok tych samych dziewczynek, które nie potrafiły wymówić słowa „ponczowe”, bo pękały ze śmiechu. Nie przypominam sobie, żebym później śmiała się tak beztrosko.
Ktoś posadził akacje. Jedno z drzew, które rośnie do dziś na rogu ulic Koronowskiej i Zakręt, na pewno było nasze — moje i Agaty. Rosło w połowie drogi między naszymi domami i stało się miejscem spotkań. Pod tą akacją często rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się i zwierzałyśmy sobie. Odprowadzałyśmy się do domu niezliczoną ilość razy, ale zawsze zatrzymywałyśmy się w tym miejscu. Kwitnąca akacja zwiastowała długo wyczekiwane wakacje: „Gdy kwitną akacje, zbliżają się wakacje”.
No i wakacje… Każdy z nas gdzieś wyjeżdżał, może nie tak daleko jak dziś, ale nawet gdy zostawaliśmy na Sadybie, nie nudziliśmy się. Sadyba jest pełna zakątków, zieleni i urokliwych uliczek. Nie bez powodu to właśnie tutaj toczyła się akcja książki Adama Bahdaja „Uwaga! Czarny parasol!”.
Z przywołanych relacji wyłania się Sadyba, która dla dzieci była całym światem: oddzielonym od centrum polami, a zarazem splecionym z codziennością ulic, ogródków, szkoły i Jeziorka Czerniakowskiego. Każdy pamięta własny dom i własne przygody, ale w opowieściach powracają te same miejsca, smaki i rytuały.
Wspólną przestrzenią była ulica. Dzieci prosiły, żeby „wyjść pobiegać”, i spotykały się bez umawiania. Koronowska, Jodłowa, Goraszewska czy Zwardońska zamieniały się w boisko, tor rowerowy albo scenę zabawy. Ruch samochodowy był niewielki, więc rozgrywki w dwa ognie, klasy, gumę i kapsle toczyły się wprost na jezdni. W czasie Wyścigu Pokoju kapsle ścigały się po narysowanych trasach; niektóre dzieci wypełniały je gipsem i ozdabiały flagami.
Zabawom nie trzeba było wielu rekwizytów. Wystarczały skakanka, kilka kamyków, kawałek gumy albo pomysł na „sekret”: kompozycję z kwiatów i liści ukrytą pod szkiełkiem. W piaskowych hałdach kopano tunele, a z patyków i gazet powstawały latawce. Dzieci zbierały chrabąszcze, urządzały podchody, bawiły się w chowanego, państwa, Indian czy dom. Każdy znaleziony klucz, słoik, kamyk lub kawałek blachy mógł stać się skarbem i początkiem nowej historii.
Ogródki były częścią dziecięcego świata. Rosły w nich jabłonie, grusze, śliwy, czereśnie i morele, a między grządkami szczypiorek, koperek czy marchewka. Na owoce często nie czekało się do pełnej dojrzałości: papierówki zrywano kwaśne, agrest podjadano zielony, a marchewkę wyciągało się z ziemi prosto do buzi. Latem dziewczynki nosiły czereśnie za uszami jak kolczyki, a na kocach w ogrodzie gotowały lalkom zupy z listków i kamyków.
Sadyba miała też codzienny rytm zakupów i małych przyjemności. Sklep na skwerku, nazywany samem, był miejscem po drodze ze szkoły i domem oranżady w proszku, dropsów, cukierków, pieczywa oraz lodów „Bambino”. Obok działał kiosk z gazetami, pismami dla dzieci, zabawkami i drobiazgami. Wspomnienia przywołują też papiernik, cukiernie, warzywniaki i budkę przy Powsińskiej, gdzie kupowało się rurki z kremem, pączki i lody. Niektóre wyprawy po słodycze urastały do rangi wydarzenia — zwłaszcza gdy lodów można było dostać kilka kulek między wafelkami.
Do domów docierały głosy sprzedawców: pani z jagodami, pan skupujący butelki, ostrzyciel noży. Rano przychodził mleczarz, zimą wożono węgiel i koks, a po ulicach turkotały furmanki z produktami przywożonymi z okolic Wilanowa. Mieszkańcy pamiętają latarnika zapalającego gazowe latarnie oraz sąsiadów, którzy pomagali przy pracy w ogrodach i cięższych domowych zajęciach. W wielu wspomnieniach ważna jest właśnie ta bliskość: otwarte furtki, znajome twarze i pewność, że można zajrzeć do sąsiadów po pomoc.
Szkoła Podstawowa nr 103 nad Jeziorkiem była kolejnym centrum życia. Dzieci szły tam pieszo, często całymi grupami, z tornistrami i workami na kapcie. Korytarze, biblioteka i boisko stawały się miejscem dalszych spotkań. W relacjach wracają nauczyciele, którzy mieszkali w okolicy, państwo Hardejewscy pilnujący szkolnej biblioteki i wspólne przygotowania do akademii. Po lekcjach boisko znów należało do dzieci, a zimą zamieniało się w lodowisko.
Zima przynosiła własne wyprawy. Sanki ciągnięto na górkę przy jeziorku, a po intensywnych opadach sąsiedzi wspólnie odśnieżali drogę do sklepu. Na zamarzniętych kałużach urządzano ślizgawki w drodze do szkoły. Największą atrakcją było lodowisko — przy szkole, a później także na terenie TKKF-u. Była muzyka, wypożyczalnia łyżew i miejsce dla początkujących. Czasem rodzice czekali przy ogrodzeniu, bo dzieci traciły tam poczucie czasu.
Jeziorko stanowiło osobny, letni świat. Prowadził do niego drewniany most, który jedni pokonywali z niepokojem, a inni traktowali jak początek przygody. Nad wodą można było plażować, łowić ryby, pływać łódką lub kajakiem; pamięć zachowała też drewniany basen osadzony w jeziorku, pomost i pokazy fajerwerków w noc świętojańską. Dalsze brzegi były dziksze, z powalonymi drzewami i dawną lodownią, gdzie zimą przechowywano lód pod słomianymi matami.
Swoboda nie oznaczała, że wszystko było bezpieczne. Dzieci zaglądały na budowy i do wykopów, buszowały przy fosie, a w kilku relacjach pojawiają się odnalezione niewybuchy. Bywały też bolesne skutki zabaw z procą. Dorośli nie zawsze stali obok, ale sąsiedztwo tworzyło sieć czujnych oczu i szybkiej pomocy.
Wspomnienia pokazują również Sadybę prawie wiejską: krowy na trawnikach, gospodarstwa za jeziorkiem, świeże mleko przynoszone z sąsiedztwa. Z czasem znikały pola i małe sklepy, bruk ustępował asfaltowi, powstały nowe mosty i osiedla, a tramwaj łączący Sadybę z Wilanowem przestał jeździć. Wisłostrada skróciła drogę do miasta, ale zmieniła dawny krajobraz i jego dźwięki.
Nie wszystkie obrazy są sielankowe: w opowieściach pojawiają się błoto, mroźne zimy, puste sklepowe haki, ruiny i niebezpieczne zabawy. Mimo to powraca poczucie swobody i przynależności. Dla jednych Sadyba pozostała miejscem, do którego wracają; inni mieszkają tu nadal i przekazują jej opowieści kolejnym pokoleniom. Zmieniają się domy i ulice, ale w pamięci wciąż żyje dziecięca mapa: skwerek, szkoła, ogródki, znajomi sąsiedzi i ścieżka prowadząca nad Jeziorko Czerniakowskie.
Najbardziej lubiłam letnie wieczory na Sadybie. Słońce długo zostawało nad dachami, a my zwlekaliśmy z powrotem, aż ktoś z ganku zawołał po imieniu. Tego dnia mama pozwoliła nam pobiegać po okolicy, pod warunkiem że będziemy blisko. Obiecaliśmy wrócić przed zapaleniem latarni. Była to obietnica z tych, które składa się szybko, zanim człowiek zdąży pomyśleć, co jeszcze po drodze wpadnie mu do głowy.
Przy sklepie na skwerku spotkaliśmy się w piątkę. Ktoś zaproponował wyścig z latarnikiem: start spod kiosku, bieg do drewnianego mostu nad jeziorkiem i powrót, zanim zapali się lampa przy naszym rogu. Zasady ustaliliśmy od razu, choć każdy rozumiał je trochę inaczej. Jedni twierdzili, że wygra ten, kto pierwszy wróci na skwerek; inni — że ten, kto pierwszy zauważy światło. Najmłodsza z nas miała pilnować mety, ale po chwili pobiegła za wszystkimi.
Żeby nikt nie zmieniał trasy w połowie, narysowaliśmy ją patykiem na pylistym poboczu. Kiosk oznaczyliśmy jako start, most jako nawrotkę, a lampę przy rogu jako metę. Najmłodsza dostała zadanie obserwowania latarnika, choć po chwili bardziej interesowało ją, czy zdąży biec z nami. Jeden chłopak zaproponował, żeby nie ścigać się rowerami, bo nikt nie miał ochoty rozstrzygać, kto ma szybszy. Zgodziliśmy się i ustawiliśmy obok siebie.
Ruszyliśmy boczną ulicą, mijając ogrody, z których dochodził zapach bzu i wilgotnej ziemi. Nie wszyscy biegli równie szybko. Jeden chłopak co chwilę przystawał, żeby sprawdzić, czy pozostali jeszcze za nim są. Ktoś śmiał się tak głośno, że psy zaczynały szczekać za płotami. Na rogu obejrzeliśmy się na skwerek: latarnik jeszcze nie doszedł do naszej ulicy. To dodało nam odwagi i przyspieszyliśmy, jakby od tego zależał los całej Sadyby.
Przed mostem zwolniliśmy. Deski skrzypiały pod nogami, a przez szczeliny widać było ciemniejącą wodę. Najmłodsza dziewczynka zatrzymała się i powiedziała, że woli poczekać. Nikt jej nie poganiał. Policzyliśmy wspólnie do trzech i przeszliśmy razem, krok po kroku, udając, że wcale się nie boimy. Po drugiej stronie pobiegliśmy jeszcze kawałek, aż drzewa zasłoniły nam ulicę. Jeziorko było spokojne. Na moment zapomnieliśmy o wyścigu i patrzyliśmy, jak ostatnie światło dnia przesuwa się po wodzie.
Droga powrotna miała być szybsza, ale nikt nie chciał biec pierwszy. Każdy oglądał się na innych, a najmłodsza szła teraz środkiem, jakby to ona prowadziła wyprawę. W oddali zobaczyliśmy maleńki płomyk. Latarnik zapalił już pierwszą lampę. Zaczęliśmy się spierać, czy to oznacza, że przegraliśmy, czy też wyścig dopiero się rozkręca. W końcu ruszyliśmy dalej, nawołując się przez całą ulicę.
Kiedy dobiegliśmy na skwerek, lampa przy naszym rogu już świeciła. Latarnik był kilka domów dalej i spokojnie przechodził od jednej latarni do następnej. Zatrzymaliśmy się przy kiosku, żeby złapać oddech. Nikt nie pamiętał, kto pierwszy dotarł na metę. Najmłodsza oznajmiła, że wygrała, bo jako pierwsza zobaczyła światło. Nie mieliśmy argumentów, żeby jej zaprzeczyć. Wtedy latarnik uniósł rękę przy kolejnej lampie, a my znowu ruszyliśmy — tym razem tylko po to, żeby zdążyć do następnego rogu.
Z daleka dobiegł tramwaj, a potem dźwięk ucichł. Ulica znów należała do nas. Wpadliśmy na pomysł, że będziemy liczyć zapalone latarnie, ale szybko pogubiliśmy rachubę, bo każde z nas liczyło po swojemu. Zrobiło się chłodniej. Pierwsze krople deszczu spadły na chodnik i w jednej chwili wszyscy przypomnieliśmy sobie o obietnicy złożonej mamie. Zamiast wracać najkrótszą drogą, pobiegliśmy przez skwerek, śmiejąc się i przeskakując kałuże.
Na ganku czekała mama. Zapytała, dlaczego tak długo nas nie było. „Pilnowaliśmy, żeby latarnie się zapaliły” — odpowiedziałam, jakby to wyjaśniało wszystko. Mama pokręciła głową, ale uśmiechnęła się i kazała nam otrzepać buty przed wejściem. W domu pachniało herbatą, a za oknem deszcz rozmazywał światła na mokrej ulicy. Jeszcze chwilę staliśmy przy szybie, sprawdzając, czy latarnik zapalił już wszystkie lampy.
Po latach ta wyprawa wciąż wydaje mi się dłuższa niż była naprawdę. Nie pamiętam, kto wygrał ani ile latarni udało nam się policzyć. Pamiętam za to skrzypiący most, głosy kolegów biegnących przede mną, pierwsze światło na skwerku i poczucie, że zwyczajny letni wieczór może stać się wielką przygodą. Wtedy wystarczyła pusta ulica, kilkoro przyjaciół i pomysł, żebyśmy na chwilę poczuli się odkrywcami całego świata.
Archiwum społeczne
Odkryj kronikę wspólnych działań, fotografie dzieci, kolaże, portrety i dawne kadry naszej okolicy.
Eksploruj historie
Archiwum społeczne Sadyby
Kronika działań projektowych
Zobacz kolekcjęZamknij kolekcję
Od rozmów o rodzinnych wspomnieniach, przez warsztaty fotograficzne, po publikację i wystawę.
Dzieci poznawały historie rodzin i Sadyby, rozmawiając ze starszymi pokoleniami o codzienności oraz dawnych latach.
Uczestnicy ćwiczyli fotografię, kadrowanie i pracę z aparatem, a wspomnienia przekładali na obrazy i prace plastyczne.
Dzieci i grupa inicjatywna wspólnie wybierały zdjęcia, prace oraz opowieści do e-booków i wystawy.
Archiwum społeczne Sadyby
W obiektywie dzieci
Zobacz kolekcjęZamknij kolekcję
Archiwum społeczne Sadyby
Kolaże
Zobacz kolekcjęZamknij kolekcję
14 kolaży dzieci z albumu „Nasze ślady”. Otwórz wybraną pracę, aby zobaczyć ją w pełnym rozmiarze.
Album „Nasze ślady”Kolaż 01
Album „Nasze ślady”Kolaż 02
Album „Nasze ślady”Kolaż 03
Album „Nasze ślady”Kolaż 04
Album „Nasze ślady”Kolaż 05
Album „Nasze ślady”Kolaż 06
Album „Nasze ślady”Kolaż 07
Album „Nasze ślady”Kolaż 08
Album „Nasze ślady”Kolaż 09
Album „Nasze ślady”Kolaż 10
Album „Nasze ślady”Kolaż 11
Album „Nasze ślady”Kolaż 12
Album „Nasze ślady”Kolaż 13
Album „Nasze ślady”Kolaż 14
Archiwum społeczne Sadyby
Portrety
Zobacz kolekcjęZamknij kolekcję
Portrety mieszkańców Sadyby, uczestników spotkań i działań artystycznych.
Portret · 02Wśród zieleni
Portret · 03Opowieść w spojrzeniu
Portret · 04Człowiek i jego towarzysz
Portret · 05Wspólny spacer
Portret · 06Smaki Sadyby
Portret · 07Wśród kwiatów
Portret · 08Razem na Sadybie
Portret · 09Blisko siebie
Portret · 10Przy obrazie
Portret · 11Wieczorne spotkanie
Portret · 12Scena pełna blasku
Portret · 13Na parkiecie
Portret · 14Przy pracy twórczej
Portret · 15Gość w cylindrze
Portret · 16Przy mikrofonie
Portret · 17W rytmie tańca
Portret · 18Wspólny krok
Portret · 19Taniec w świetle
Portret · 20Na parkiecie
Portret · 21Wieczorna stylizacja
Portret · 22Wieczorna opowieść
Portret · 23Muzyczne spotkanie
Archiwum społeczne Sadyby
Zdjęcia archiwalne
Zobacz kolekcjęZamknij kolekcję
Fotografie z archiwum społecznego Sadyby – obrazy dawnych miejsc i codziennych chwil.
Fotografia archiwalnaPod drzewem
Fotografia archiwalnaDawny krajobraz
Fotografia archiwalnaPrzy pracy na zewnątrz
Fotografia archiwalnaSzkolna klasa
Fotografia archiwalnaW ogrodzie
Fotografia archiwalnaZabawa na podwórku
Fotografia archiwalnaDawna ulica
Fotografia archiwalnaSpacer nad wodą
Fotografia archiwalnaPodwórka Sadyby
Fotografia archiwalnaPrzed domem
Fotografia archiwalnaNa pomoście
Fotografia archiwalnaSpotkanie na podwórku
Fotografia archiwalnaZimowa ulica
Fotografia archiwalnaŁódź w drodze na wodę
E-booki do pobrania
Pobierz bezpłatnie obie publikacje w formacie PDF: elementarz historii mówionej i album prac dzieci.
Elementarz historii mówionej. Od odkrywania i przygotowania rozmowy po słuchanie, zachowywanie i tworzenie.
45 stron · PDF · materiał edukacyjny
Album rodzinnych korzeni, kolaży i portretów — prac dzieci inspirowanych rodziną oraz Sadybą.
67 stron · PDF · album prac i fotografiiStrefa wiedzy
Kilka prostych kroków pomaga przygotować rozmowę i zadbać o opowieść, która została nam powierzona.
Wybierz osobę, miejsce albo rodzinny przedmiot, którego historię chcesz poznać. Zacznij od tego, co naprawdę cię ciekawi.
Ułóż kilka otwartych pytań, znajdź spokojne miejsce i opowiedz, po co chcesz zachować tę rozmowę. Zapytaj o zgodę na jej zapisanie.
Daj rozmówcy czas. Dopytuj o szczegóły: miejsca, osoby, zapachy, dźwięki i codzienne zwyczaje. Nie poprawiaj wspomnień.
Zapisz datę, imiona i kontekst. Podpisz zdjęcia, zadbaj o kopię materiału i ustal, kto może z niego korzystać.
Połącz słowa z obrazem, rysunkiem albo mapą pamięci. Pokaż opowieść w taki sposób, jaki odpowiada jej autorowi.
Twoja opowieść
Wspomnienia są blisko. Czasem wystarczy chwila uważności i jedno dobre pytanie.
Które miejsce na Sadybie pamiętasz najlepiej?
Masz pytania? Zapraszamy do kontaktu:
Karolina Grzegorek (koordynatorka projektu): karolinagrzegorek33@gmail.com
tel. +48 608 742 964(wtorek, środa, czwartek w godz. 9:00–17:00)